www.wolnyswiat.pl

 

 

O PIŚMIE ŚWIĘTYM...

 

 

"FAKTY I MITY" nr 48, 06.12.2007 r. ŻYCIE PO RELIGII

BŁOGOSŁAWIENI DOCIEKLIWI

Ludzka skłonność do zmyślania i dawania wiary w opowieści zmyślone jest tak silna, że aż fascynująca. Historia, także ta najnowsza, nie przestaje dostarczać przykładów tej specyficznej człowieczej „twórczości”.

Na łamach „FiM” wspominaliśmy już o mitach i legendach, w jakie obrosło wydarzenie stosunkowo nieodległe – słynny poznański Czerwiec’56. Sprawa jest fascynująca, bo przecież rozruchy, o których mowa, nie działy się przed wiekami i w jakimś odległym zakątku świata. Żyją wśród nas świadkowie tamtych wydarzeń, są zdjęcia i dokumenty. Tymczasem poważni badacze tamtych wydarzeń wciąż demaskują artykuły prasowe i książki pełne kłamstw o tamtych wydarzeniach, nie brak też „świadków” i „kombatantów”, których zeznania uznano za zmyślone. I jak zwykle zmyślone opowieści przenikają do świadomości zbiorowej i funkcjonują własnym życiem, jakby kompletnie niezależnym od rzeczywistych wydarzeń sprzed pół wieku.

Kilka dni temu na łamach „Przeglądu” ukazał się tekst pt. „Poznański Katyń”, którego autor, dr Łukasz Jastrząb, demaskuje niektóre kłamstwa na temat wydarzeń poznańskich, m.in. o rzekomych masowych egzekucjach, ostrzeliwaniu miasta z powietrza, zaginionych, zbuntowanych przeciw władzy żołnierzach, a nawet piersiastych, rudych Rosjankach (sic!) strzelających z okien do polskich kobiet i dzieci.

Dlaczego te sprawy miałyby interesować czytelników „Życia po religii”? Otóż skłonność do zmyślania i powielania wymyślonych opowieści ma nieodłączny związek z funkcjonowaniem mitów religijnych. Wyjaśnienie mechanizmów powstawania tego rodzaju legend miałoby kapitalne znaczenie dla oceny zjawisk religijnych, świadectw o cudach, uzdrowieniach itp.

Sprawa wymagałaby, oczywiście, badań całych zespołów naukowych, ale na potrzeby niniejszego tekstu zwróćmy uwagę na dwa elementy związane z kwestią tworzenia zmitologizowanych relacji – motyw zysku oraz – czasem z nim luźno związany, czasem niezależny – czynnik mitomański. Na przykładzie historii poznańskiego Czerwca widać, że w przypadku tego rodzaju wydarzeń zawsze pojawiają się osoby skłonne czerpać korzyści z rozpowszechniania kłamliwych opowieści. W Poznaniu np. pojawiły się osoby, które zaczęły się określać mianem „przywódców antykomunistycznego powstania”. Niektórzy z nich załapali się nawet na niezasłużoną sławę w mediach. Wykreowano nigdy nieistniejącą tajną szkołę podchorążych AK, której absolwenci rzekomo mieli brać udział w owych wydarzeniach. Ponoć absolwenci tej pochorążówki sami tłoczą medale i sami się nimi dekorują. Najbardziej „zasłużony” miał nawet otrzymać 40 (sic!) takich odznaczeń.

Sądzę także, że wiele tego typu historii zostaje puszczonych w obieg przez ludzi, którzy mają zwyczaj łączenia swoich życiorysów z ważnymi wydarzeniami lub osobami, co poprawia im znacząco samopoczucie i podnosi ocenę własną. Nie wykluczam, że część z nich szczerze wierzy w zmyślone przez siebie opowieści. Problem polega na tym, że ludzie zupełnie normalni, ale nie dość dociekliwi i krytyczni, dają wiarę takim historiom, powielają je i upowszechniają.

Można się z tego wszystkiego śmiać, gdyby nie to, że tego typu mistyfikacje są udziałem znacznej części ludzkości. Ludzie budują swoje życie na fundamencie „świadectw” spisanych przed tysiącleciami, których prawdziwości w żaden sposób nie jesteśmy w stanie udowodnić, nie wiemy też z całą pewnością, kto je spisał i ile razy przeredagował. Teksty te uważane są obecnie za „natchnione”, nieomylne i nienaruszalne. Zdumiewające zmitologizowanie wydarzeń poznańskich (mimo iż upłynęło od nich zaledwie 50 lat!), w których przecież uczestniczyło tysiące ludzi, niech będzie dla nas przestrogą, aby zbytnio nie ufać zeznaniom nawet „naocznych świadków”, jeśli istnieje podejrzenie, że mogli ulec zbiorowej histerii. Roztropny sceptycyzm jeszcze nikomu nie zaszkodził – bezgraniczna ufność natomiast pozbawiła miliony ludzi jeśli nie samego życia, to z całą pewnością wielokrotnie zawartości portfela.

Marek Krak

 

 

Chrystus: „Nie miejcie w trzosach swoich złota ani srebra, ani miedzi. Ani torby podróżnej, ani dwu sukien, ani sandałów, ani laski”. Itp... Jego ideałem była religijność wewnętrzna, obywająca się bez pośrednictwa instytucji i hierarchii kapłańskiej.

 

 

„FAKTY I MITY” nr 20, 25.05.2006 r. LISTY

WSPÓLNIE Z PAPIEŻEM

(…) Przecież my, wszyscy antyklerykałowie, poprzez nasze działania pośrednio dążymy do naprawy Kościoła, który tak bardzo odszedł od pierwotnych ideałów. Pomagamy duchownym, piętnując ich niekatolickie postępowanie, w dostąpieniu tzw. zbawienia wiecznego, gdyż obecnie mało który z nich ma szansę dostąpić tej łaski. Za nasze zasługi dla Kościoła katolickiego mamy prawo oczekiwać wdzięczności od całego duchowieństwa, a zwłaszcza od najwyższych władz Kościoła. Władysław Salik, Zielona Góra

 

 

„NIE” nr 9, 01.03.2001 r.

TAŃCZ I PŁAĆ

Kościół kat. bez nadmiernego rozgłosu zmienił treść przykazań kościelnych normujących oczekiwania tej instytucji wobec swoich owieczek.(...) Dotąd przykazanie piąte brzmiało: W czasach zakazanych zabaw hucznych nie urządzać. Obecnie brzmi: Potrzebom materialnym Kościoła zaradzać. (...) Starszym dzieciom dyktuje się nowe przykazania na lekcjach religii, prowokując przy okazji dyskusje, czy i jak wielkim grzechem jest zakup pączka, skoro przeznaczona na ten cel złotówka lepiej czułaby się w kościelnej skarbonce.                          

 

 

„FAKTY I MITY” nr 13, 13.04.2005 r.

PAN JEZUS I DUCHOWNI

Urzędnicy Pana B. pojawili się na świecie dawno temu i od razu zaczęli sięgać po władzę oraz określać ramy moralności. Kler podpierał się przy tym przykładem Jezusa i jego słowami zawartymi w Nowym Testamencie, które dla ludzi powinny stanowić wzór do naśladowania. Duchowni sami utrzymują wyznawców w przekonaniu, że oni również stosują się do Jezusowych dyrektyw dotyczących zachowania. Wystarczy jednak małe porównanie...

 PAN JEZUS                                    

– uczył i przestrzegał przykazań Bożych (J 15) [DUCHOWNY – zmienił przykazania, dostosowując je do swoich potrzeb]

– uczył kochać swoich nieprzyjaciół (Mt 5. 44) [D. – prześladuje i niszczy każdego, kto mu się przeciwstawia, ma odmienne poglądy lub stanowi konkurencję]

– był jedynym spowiednikiem mającym prawo do odpuszczania grzechów (1 J 2. 1–2) [D. – uzurpuje sobie prawo do odpuszczania grzechów]

– nie narzucał swych przekonań (Ap 3. 20) [D. – narzuca swoje przekonania, uciekając się nawet do szantażu]

– był jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi (1 Tm 2.5) [D. – uznaje się za pośrednika i kształci nowych pośredników]

 – obiecywał zbawienie wszystkim, za darmo, z łaski przez wiarę (Dz 4. 11-12; Ap 22. 17) [D. – oferuje zbawienie za pieniądze, uważając, że ma monopol na dopuszczanie do zbawienia]

– stał się sługą, by dać dobry przykład do naśladowania (Łk 22. 24–27) [D. – stał się panem, a ludzi zmusza do bycia sługami].

 

 

„FAKTY I MITY” nr 52, 30.12.2004 r.

WILKI DRAPIEŻNE

APOSTOŁ PAWEŁ DZIWIŁ SIĘ SWYM UCZNIOM – GALACJANOM, ŻE TAK SZYBKO DAJĄ SIĘ ZWIEŚĆ PRZEZ INNĄ EWANGELIĘ. I ZARAZ DODAŁ: „Chociaż innej nie ma;  są tylko pewni ludzie, którzy was niepokoją i chcą przekręcić ewangelię chrystusową”.

Poniższe zestawienie porównuje chrześcijaństwo apostolskie z papieskim (katolicyzmem). W punktach 1, 2, 3 itd. przedstawiono główne

założenia Biblii, a w odpowiadających im kolejno punktach 1a, 2a itd. – adekwatne poglądy chrześcijaństwa papieskiego. (...)

1. Jedyny pośrednik między ludźmi a Bogiem – Jezus Chrystus (1 Tm 2. 5; J 14. 6; 1J 2. 1-2; Dz 2. 18)

1a. Pośredniczka Maria (dogmat o wniebowzięciu Marii – 1950 r.) i  galeria świętych

2. Bezpośredni i nieograniczony dostęp każdego wierzącego do Jezusa przez modlitwę (J 7. 37; 6, 37; Hbr 4. 15–16)

2a. Droga do Jezusa przez pośredników żyjących (kapłanów) i zmarłych (Marię oraz świętych), którzy pomagają, wypraszając dla nas łaski u Jezusa

3. Zbawienie jest w Jezusie z łaski przez wiarę (J 3. 16; 14. 6; 17. 3)

3a. Zbawienie jest w Jezusie przez Kościół (nie ma zbawienia poza Kościołem), łaska jest udzielana przez sakramenty Kościoła

4. Jezus jest jedynym bez grzechu, wszyscy ludzie zgrzeszyli (Rz 3. 23–24; Iz 64. 6)

4a. Maria jest bezgrzeszna (dogmat o niepokalanym poczęciu – 1854 r.)

5. Jezus jest skałą i głową Kościoła (1 Kor 3. 11; 10. 4; 1 P 2. 8)

5a. Papież jest skałą (jako następca skały-Piotra – efekt błędnego odczytania fragmentów ewangelii o przywództwie Piotra) i głową Kościoła (w rzeczywistości biskupa Rzymu wywyższył cesarz Justynian dekretem z 538 r.; to nie Piotr, lecz Linus był pierwszym biskupem Rzymu)

6. Zastępcą Jezusa na ziemi jest Duch Święty (J 14; 17. 26; 16. 7–8.13)

6a. Zastępcą Jezusa na ziemi jest papież; tiarę papieską zdobi napis „Vicarius Filii  Dei”, co znaczy: zastępca Syna Bożego

7. Żaden człowiek nie jest nieomylny z uwagi na grzeszną naturę (Rz 3. 10)

7a. Papież jest nieomylny w sprawach wiary – dekret z 1870 r.

8. Określenie Ojciec (w sensie duchowym) jest należne tylko Bogu (Mt 23. 9)

8a. Papież nazywa siebie Ojcem Świętym, przywłaszczając sobie określenia i cechy należące wyłącznie do Boga

9. Rozdział Kościoła od państwa; związek między Kościołem a władzą świecką Biblia nazywa nierządem (Jr 2. 20–31; Ez 16. 17–19; Oz 2. 5) i obrzydliwością Ap 18.

9a. Od 508 r. (zwycięstwo króla Franków, Chlodwika) Kościół rzymski podporządkował sobie prawie całą Europę Zachodnią; obecnie istnieje państwo kościelne (Watykan) uwikłane w politykę

10. Część, pokłony, modlitwy należą się tylko Bogu; zakaz kultu wizerunków – to jedno z dziesięciorga przykazań (Wj 20. 4–5); Boży zakaz zmiany przykazań (Mt 5. 18)

10a. Kult maryjny (zapoczątkowany przez sobór w Efezie w 431 r., jego korzenie tkwią w pogaństwie – odwzorowuje kult bogini-matki znany we wszystkich religiach), kult relikwii i obrazów, modlitwy do świętych; zmiana Dekalogu – usunięcie drugiego przykazania biblijnego Dekalogu (sobór w Nicei, 787 r.)

11. Sobota – siódmy dzień tygodnia – jest dniem świętym jako pamiątka stworzenia świata (Rdz 2. 2–3); nakaz święcenia soboty (szabatu) zawarty w Dekalogu i przestrzegany przez Jezusa, apostołów i pierwszych chrześcijan (Wj 20. 8–11)

11a. Druga zmiana treści przykazań – ustanowienie niedzieli, pierwszego dnia tygodnia i święta pogańskiego, w miejsce soboty; VI w. – początek represji wobec chrześcijan święcących sobotę; formalny zakaz obchodzenia soboty jako dnia świętego – sobór florencki, 1441 r.

12. Tylko Bóg może odpuszczać grzechy; należy je wyznawać bezpośrednio Bogu (tzw. spowiedź serca) i bliźnim, wobec których zawiniliśmy, i prosić ich o wybaczenie (Mt 6. 6–12; 9. 2–3; Dz 8. 22)

12a. Kapłan ma władzę odpuszczać grzechy; spowiedź uszną ustanowił Sobór Laterański IV w 1215 r.

13. Jezus wprowadził komunię pod dwiema postaciami – chleba i wina – symbolami Jego umęczonego ciała i przelanej krwi (Mt 26. 27; 1 Kor 11. 24–26)

13a. Komunia przyjmowana jest w praktyce tylko pod postacią chleba – w 1414 r. sobór w Konstancji zabronił laikowi spożywania wina w czasie komunii.

14. Eucharystia jest ofiarą symboliczną i pamiątką prawdziwej, jednorazowej i niepowtarzalnej ofiary Jezusa na krzyżu (Hbr 10. 12–18; J 19. 30)

14a. Eucharystia jest rzeczywistą i powtarzalną ofiarą za grzechy, składaną Bogu; hostia jest prawdziwym ciałem, a wino prawdziwą krwią Jezusa, nie są to symbole; przemienienie (transsubstancjacja) następuje na skutek formułki automatycznie wypowiadanej przez kapłana – Jezus na jego hasło pojawia się w opłatku; wierni konsumują prawdziwego Chrystusa; dogmat ustalono na Soborze Laterańskim IV w 1215 r.

15. Zbawienie jest z łaski, darmo, przez wiarę (Ef 2. 8–9); nie można go nabyć za pieniądze ani przez uczynki; warunkiem przebaczenia jest skrucha oraz pojednanie z bliźnim i naprawienie krzywd (o ile zadośćuczynienie jest możliwe); zbawienie dokonuje się dzięki ofierze Chrystusa, a nie zabiegom człowieka

15a. Na zbawienie można „zapracować” – np. cierpieniem czy ofiarami (sobór florencki w 1439 r.); na przebaczenie można było zasłużyć np. biczowaniem się, pielgrzymkami, budowaniem kaplic; najbardziej wynaturzoną formą były (i są!) odpusty za grzechy, wprowadzone przez Kościół w XII w., które umożliwiały uwolnienie się za pieniądze nawet od przyszłych grzechów. Płatne msze za zbawienie zmarłych

16. O przyjęciu lub odrzuceniu Bożej oferty zbawienia człowiek decyduje za życia; w momencie śmierci zostaje osądzony (Hbr 9. 27); zmarłemu nie można pomóc ani modlitwą, ani odpustem, ani wykupieniem mszy za duszę (Koh 9. 4–5. 10), każdy odpowiada za siebie (Ez 18. 20; Hi 7. 9–10)

16a. Po śmierci można pieniędzmi i modlitwą wykupić człowieka od kary za grzechy i skrócić jego cierpienia – służą temu odpusty, msze i wypominki

17. Śmierć jest rodzajem snu (j 11. 11–14; Mt 18. 23–25), stanem niebytu, nieświadomości (Hi 14. 10–12); człowiek czeka w grobie na zmartwychwstanie przy powtórnym przyjściu Chrystusa (J 6. 40); ludzka dusza nie jest odrębnym, nieśmiertelnym organizmem – to tzw. dech życia, siła witalna dana przez Boga, która przy śmierci do Niego wraca (Koh 12.7)     

17a. Ludzka dusza jest nieśmiertelna, ma świadomość i żyje niezależnie po śmierci człowieka – dusza wierzącego najczęściej ląduje w wymyślonym przez papieża czyśćcu, gdzie czasowo cierpi za grzechy (czas trwania cierpień zależy od rodzaju grzechów i płacenia księdzu przez krewnych na ziemi), a niewierzącego w piekle (miejsce wiecznych męczarni);

wiara w życie pozagrobowe przeniknęła do chrześcijaństwa z kultury helleńskiej – teorię dualizmu wprowadzili za Platonem ojcowie Kościoła, Tertulian i Orygenes

18. Udziałem potępionych jest tzw. śmierć druga, czyli ostateczne unicestwienie (Ap 20. 14–15)

18a. Potępieni będą przez całą wieczność smażyć się w piekle

19. Biblijna pokuta oznacza szczery żal za grzechy, skruchę i zaprzestanie danego czynu (gr. metanoia – dosłownie „odwrócenie się o 180 stopni”, czyli porzucenie danego zachowania)

19a. Pokutą jest najczęściej klepanie formułek modlitewnych, zdrowasiek itp.; może nią być np. pielgrzymka; w ekstremalnych sytuacjach pokuta przybierała formę samookaleczenia, odosobnienia czy zapłaty

20. Chrzest dorosłych – świadoma i osobista decyzja zawarcia przymierza z Bogiem, którą powinna poprzedzać znajomość zasad wiary i pokuta (rozumiana jako zmiana życia) oraz wiara w Jezusa (Mt 28. 19; Mk 16. 16; Dz 2. 38), nie można za kogoś zdecydować ani kogoś przymusić; chrzest przez zanurzenie („chrzczę”, czyli gr. baptidzo, znaczy dosłownie „zanurzam”)

20a. Chrzest niemowląt (wprowadzony przez synod w Kartaginie w 418 r. służył automatycznemu przyrostowi szeregów Kościoła); chrzest przez pokropienie (praktykowany od XII w.)

21. Nie obowiązywał celibat (apostołowie mieli żony: Mt 8. 14–14; 1 Kor 9. 5) – Biblia pozostawia wybór człowiekowi (Mt 19. 12) zachęcając do wyboru duchownych spośród wiernych mężów (1 Tym 3. 1–4)

21a. Obowiązuje celibat wprowadzony w XI w. przez Bonifacego VII z powodów finansowych (chodziło o zachowanie majątku księży dla Kościoła zamiast dla ich rodzin)

22. Nie zezwala na siłowe nawracanie ludzi, lecz zachęca do pokojowego głoszenia Dobrej Nowiny (Łk 9. 52–56)

22a. Konfiskata majątków, tortury i płonące stosy dla heretyków (początki inkwizycji – synod w Tours, 1163 r.); wojny krzyżowe; krwawa chrystianizacja Ameryki

23. Nakazuje duchownym skromność, wręcz zakazuje gromadzenia dóbr

23a. Bez komentarza...

24. Jezus stał na stanowisku, że żadne ludzkie nauki nie mogą być wynoszone ponad nakazy Boga; potępiał tradycję, która znosi naukę Biblii, wprowadzając sprzeczne z nią zasady (Mk 7. 6–8)

24a. W 1545 r. sobór w Trydencie uznał ludzkie tradycje przyjęte przez Kościół za autorytet w sprawach wiary równy Biblii. W praktyce tradycja stoi ponad Pismem Świętym. (...)

W Nowym Testamencie siła ta określona została jako antychryst – to ten, który nie tylko występuje przeciwko Chrystusowi, ale także ten, który zajmuje Jego miejsce. Bo antychryst ma wiele twarzy. Grecki przedrostek anti znaczy nie tylko „przeciw”, ale też „zamiast, w miejsce”. wystarczy spojrzeć choćby na pięć zapisów katechizmowych Krk (Pallotinum, 1994), by dostrzec tożsamość owej mocy:

1. To właśnie w Kościele złożona została pełnia środków zbawienia (pkt 824).

2. Sobór święty (...), opierając się na Piśmie Świętym i Tradycji, uczy, że ten pielgrzymujący Kościół konieczny jest do zbawienia (pkt 845).

3. Kościół (...) nosi w sobie pełnię środków zbawienia i rozdziela je (pkt 868)

4. Nie ma takiej winy, nawet najcięższej, której nie mógłby odpuścić Kościół święty (pkt 982). (...)

Jeśli każde słowo Kościół zastąpimy słowem Chrystus, zrozumiemy ową „tajemnicę nieprawości”, o której pisał do Tesaloniczan apostoł Paweł (2 Tes 2.7), i rozpoznamy syna zatracenia, „który wynosi się ponad wszystko, co się zwie Bogiem lub jest przedmiotem boskiej czci” (w. 3–4). (...) I wtedy nie zdziwią nas już słowa, że „cała ziemia szła w podziwie za tym zwierzęciem (...) i oddadzą mu pokłon wszyscy mieszkańcy ziemi” (Ap 13. 3, 8). Za kimże to idą dziś w podziwie wszystkie narody? Kogo ogłoszono największym, ba – jedynym autorytetem świata? (...)

Paulina Starościk 

 

 

"FAKTY I MITY" nr 19, 18.05.2006 r. ŻYCIE PO RELIGII

EWANGELIA NIENAWIŚCI

Biskupi polscy wylewnie podziękowali Radiu Maryja za „wielką pracę ewangelizacyjną”.

I tak panowie, z których większość ma doktoraty z teologii, dowiedli, że nie bardzo rozumieją, co studiowali, a nawet wykładali.

Ewangelizować to, z języka greckiego, głosić dobrą nowinę. Dobra nowina – według Pism Nowego Testamentu – to wieść o tym, że Bóg przebacza grzechy tym, którzy się od niego odwracają, że daruje życie i wzywa do przestrzegania zasad Królestwa Bożego: miłosierdzia, braterstwa, oddania bliźnim, życzliwości dla każdego. Ewangelia to także odrzucenie wszelkiej obłudy, pychy i chciwości, to wybór „opcji na rzecz ubogich”, aby użyć języka soboru watykańskiego.

Co Radio Maryja miałoby mieć wspólnego z tym nowotestamentowym rozumieniem ewangelii – trudno dociec. Tadeusz Rydzyk i jego media skupiają się na dwóch polach działalności. Jednym jest propagowanie tradycyjnych form religijności katolickiej, takich jak transmitowanie różańca, godzinek, rozmaitych nabożeństw i mszy. Samo propagowanie jakichś, nawet superbiblijnych, form religijności (co zresztą nie jest udziałem rozmiłowanego w ludowej dewocji Radia Maryja) nie jest jeszcze głoszeniem ewangelii. Warto przypomnieć, że najzagorzalsi przeciwnicy Jezusa z Nazaretu często się modlili i byli ludźmi niezwykle religijnymi. I to oni byli pełnymi nienawiści wrogami ewangelii o Królestwie.

Drugim polem zainteresowania Rydzyka i jego mediów jest aktywna działalność polityczna, zwalczanie jednych środowisk politycznych, popieranie innych, manichejskie, dwubiegunowe dzielenie świata na naszych i obcych według kryteriów narodowych, wyznaniowych, politycznych i rasowych. Ta tematyka akurat zupełnie nie zajmowała uwagi Jezusa z Nazaretu. Przeciwnie, przestrzegał on swoich uczniów przed wikłaniem się w tego typu działalność. Dowodził, że jego królestwo, a więc i ewangelia, nie są z tego świata.

Rydzyk jest więc chodzącym zaprzeczeniem tego, kim był, co robił i co głosił Jezus.

Zdumiewa więc reklamowanie go jako propagatora ewangelii. A może właściwie nie powinniśmy się temu dziwić? Rydzyk jest przecież kością z ich kości, krwią z ich krwi, tyle że oni działalność polityczną prowadzą w nieco bardziej zakamuflowany sposób. Oni także ewangeliczny sposób życia i myślenia zastąpili rytualną dewocją, stając się faryzeuszami naszych czasów. Ewangelia o przebaczeniu i miłosierdziu nie jest im do niczego potrzebna, chyba że jako pretekst do powoływania się na Chrystusa i do przemawiania w jego imieniu, ale w swoich sprawach.

Marek Krak

 

 

„FAKTY I MITY” nr 20, 25.05.2006 r. PYTANIA CZYTELNIKÓW

EKSKOMUNIKA

W dniach 4–5 maja media podały, że w Chinach wyświęcono dwóch biskupów bez zgody papieskiej.

Watykan uznał święcenia za nieważne i zagroził wyświęconym biskupom ekskomuniką. Czy słusznie?

Co mówi Biblia o wyświęcaniu biskupów i z jakich powodów można kogoś ekskomunikować?

Dziś najsurowszą karą stosowaną przez Kościół rzymski jest ekskomunika, czyli wykluczenie wiernego bądź duchownego ze wspólnoty wierzących. Według ,,Kodeksu prawa kanonicznego” – ,,Kościół posiada wrodzone i własne prawo wymierzania sankcji karnych wiernym popełniającym przestępstwo” (kan. 1311).

Najsurowiej karane są m.in. przestępstwa przeciwko religii i jedności Kościoła (kan. 1364–1369). Do przestępstw tych zalicza się: odstępstwo od wiary, herezję, powodowanie schizmy, wychowanie dzieci w religii niekatolickiej, czyny świętokradcze, krzywoprzysięstwo oraz publiczne bluźnierstwa przeciwko Kościołowi.

Do innej kategorii przestępstw zalicza się przestępstwa przeciwko władzy kościelnej i wolności Kościoła (kan. 1370–1377), czyli przymus fizyczny wobec biskupa i innych osób duchownych, nieposłuszeństwo wobec Stolicy Apostolskiej i jej przedstawicieli oraz nawoływanie do nieposłuszeństwa wiernych.

Trzecia grupa przestępstw dotyczy uzurpacji kościelnych zadań (kan. 1378–1389). Sankcje w przypadku popełnienia tych przestępstw wymierzone są przeciwko tym duchownym, którzy na przykład uczestniczą w grzechach nieczystości, dopuszczają się symonii lub uzurpacji urzędu kościelnego. Stąd: ,,Biskup, który bez papieskiego mandatu konsekruje kogoś na biskupa, a także ten, kto od niego konsekrację przyjmuje, podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa, zastrzeżonej Stolicy Apostolskiej” (kan. 1382).

Kolejna kategoria przestępstw dotyczy fałszu (kan. 1390–1391) oraz przestępstw przeciwko obowiązkom duchownych (kan. 1392–1396), m.in. zawarcie małżeństwa. ,,Gdy po upomnieniu [duchowny] nie poprawia się i nadal daje zgorszenie, może być karany stopniowo pozbawieniami lub także wydaleniem ze stanu duchownego” (kan. 1394, par. 1). Te same kary stosuje się wobec tych duchownych, którzy trwają w innym grzechu przeciwko przykazaniu ,,Nie cudzołóż”, wywołując zgorszenie. Wobec tych duchownych, oprócz wydalenia ze stanu kapłańskiego, mogą być zastosowane inne sankcje, gdy grzechy nieczystości ,,połączone są z użyciem przymusu lub gróźb albo [gdy są popełnione] publicznie lub z osobą małoletnią poniżej lat szesnastu” (kan. 1395, par. 1 i 2).

Wykaz kończą przestępstwa przeciwko życiu i wolności człowieka (kan. 1397–1398).

Według ,,Kodeksu prawa kanonicznego”, Kościół rzymskokatolicki może więc stosować takie czy inne środki dyscyplinarne wobec swoich wiernych i duchownych. Zachodzi jednak pytanie: czy doktryna Kościoła dotycząca przestępstw i sankcji karnych jest zgodna z Biblią oraz co Pismo Święte mówi o biskupach i ich wyborze.

Przede wszystkim Nowy Testament wykazuje, że pomiędzy pierwszymi biskupami z czasów apostolskich, a tymi, którzy dziś chcą za takich uchodzić, zachodzi zasadnicza różnica. Polega ona chociażby na tym, że pierwsi biskupi byli członkami miejscowych zborów i po ustanowieniu ich biskupami nadal pozostali w tych zborach. To znaczy, że w przeciwieństwie do Kościoła rzymskiego i innych, gdzie biskup jest dostojnikiem, którego władza rozciąga się nad całą diecezją (szeregiem parafii), pierwsi biskupi byli przełożonymi tylko lokalnych zborów. Według Dziejów Apostolskich, posługa biskupa związana była z miejscowym zborem. Innymi słowy: w każdym zborze był biskup (Dz 14. 23).

Poza tym takie słowa jak: ,,biskup”, ,,starszy”, ,,prezbiter” – odnoszą się do jednej i tej samej osoby. Potwierdza to samo znaczenie pojęć: biskup (gr. episkopos, dosł. ten, który dogląda stada); prezbiter (gr. presbiteros, starszy), pochodzenie funkcji starszego ze starotestamentowych wzorów żydowskich (por. Lb 11. 16–17, 24–25) oraz stosowanie tych określeń zamiennie. Na przykład w Dziejach Apostolskich (20. 17) wspomina się o ,,starszych”, którzy nieco dalej nazwani są ,,biskupami” (w. 28). Podobnie rzecz przedstawia się w Liście do Tytusa (por. 1. 5 z w. 7).

Ustanowienie biskupów związane więc było z powstaniem miejscowego zboru, a nie diecezji. Gdziekolwiek powstał zbór, tam ustanawiano biskupów starszych, którzy byli wybrani spośród miejscowych wierzących (Dz 14. 23). Kto jednak ustanawiał biskupów i kto może czynić to dzisiaj? Na początku starsi wyznaczani byli przez apostołów (Dz 14. 21–23). Jednak – jak podają Dzieje Apostolskie – wybór starszych nie tyle był inicjatywą ludzi, co wyrazem Bożego powołania (por. Dz 13. 1–3; 20. 28). Apostołowie „w modlitwie i poście” prosili jedynie o Boże prowadzenie i dar rozpoznania duchowych kwalifikacji tych, którzy mieli już Boże powołanie.

Z upływem czasu apostoł Paweł przedstawił w swoich listach moralne i duchowe cechy tych, którzy mają być biskupami, czyli starszymi zboru (1 Tm 3. 1–7; Tt 1. 5–9, por. 1 P 5. 1–3). Dzięki temu, oprócz indywidualnego prowadzenia Bożego, możemy również dziś rozpoznać, kto w miejscowym zborze jest biskupem ustanowionym przez Ducha Świętego, a kto pseudobiskupem nieposiadającym takich cech.

Według apostolskich wytycznych, do ustanowienia biskupa nie jest potrzebne jakieś szczególne posiedzenie rady Kościoła, ceremonia wyświęcenia czy specjalne szaty liturgiczne, lecz wyłącznie dostosowanie się do biblijnych zaleceń. Potwierdza to również przykład opisany w Liście do Tytusa, któremu ap. Paweł polecił ,,ustanowić po miastach starszych” (1. 5). Chociaż Tytus dysponował jedynie listem od Pawła, to list ten zawierał wystarczające wskazówki dotyczące duchowych i moralnych kwalifikacji starszych. Tak więc skoro Tytus mógł rozpoznać Boży wybór i wyznaczyć po zborach biskupów, to również współcześni misjonarze mogą czynić to samo. A zatem każdy misjonarz zaangażowany w pionierską pracę ewangelizacyjną, na skutek której powstaje zbór, jest również uprawniony, w oparciu o biblijne wytyczne, do wyznaczenia starszego danego zboru. Z chwilą wyznaczenia starszego zboru główną pieczę nad zborem sprawuje ów starszy, a nie misjonarz, którego praca ma zupełnie inny charakter.

W świetle tego, co do tej pory zostało powiedziane, katolicka procedura wyświęcania biskupów lub sankcji stosowanych wobec nich – w przypadku ich ordynacji bez zgody papieskiej – nie ma żadnych podstaw biblijnych. Przeciwnie. Powoływanie starszych jest przede wszystkim sprawą Bożą, konkretnych misjonarzy oraz lokalnego zboru, a nie inaczej (Dz 20. 28). Ponadto ,,biskup ma być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, umiarkowany, przyzwoity, gościnny, dobry nauczyciel, nieoddający się pijaństwu, nie zadzierzysty, lecz łagodny, nie swarliwy, nie chciwy na grosz, który by własnym domem dobrze zarządzał, dzieci trzymał w posłuszeństwie i wszelkiej uczciwości, bo jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży? A powinien też cieszyć się dobrym imieniem u tych, którzy do nas nie należą” (1 Tm 3. 1–7). Czy współcześni biskupi odpowiadają tym normom? A z sankcjami wobec niepokornych wiernych i duchownych? Przede wszystkim należy zwrócić uwagę, że Kościół rzymskokatolicki w wielu przypadkach stosuje sankcje karne tam, gdzie Biblia nie daje ku temu żadnych podstaw. Na przykład Kościół potępia odstępstwo od wiary, nieposłuszeństwo wobec Stolicy Piotrowej i jej przedstawicieli itp. I to w przypadku, gdy ,,trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5. 29)! A przecież nic nie zrobił, aby potępić agresję hitlerowskich Niemiec i niewiele robi, gdy w grę wchodzą poważne wykroczenia, takie jak skandale pedofilskie księży, pijaństwo duchownych i różnego rodzaju nadużycia z samowolą wielu dygnitarzy włącznie, mimo że te przestępstwa potępia zarówno Biblia, jak i społeczeństwo. Czy można pogodzić tak rażącą sprzeczność, jaka zachodzi pomiędzy biblijnym nakazem, aby biskupi byli żonaci, a ekskomuniką duchownych, którzy wstępują w związki małżeńskie? Odpowiedź nasuwa się sama.

Z jakich więc powodów można kogoś wykluczyć ze społeczności wiernych?

Biblia podaje wiele powodów. Piętnuje m.in. takie grzechy jak: różne rodzaje wszeteczeństwa, rozpusta, chciwość, grabież, bałwochwalstwo, oszczerstwo, pijaństwo, czary, pasożytniczy tryb życia oraz odstępstwo od Słowa Bożego i powodowanie odszczepieństwa (1 Kor 5. 1–2, 9–13; Ga 1. 9; 5. 19–21; 2 Tes 3. 6–15; Tt 3. 10–11; 2 J 9–11). Nowy Testament zaleca jednak ogromną ostrożność w stosowaniu środków dyscyplinarnych oraz odpowiednią procedurę postępowania wobec tego, który grzeszy. Decyduje o tym nie jednostka, lecz cały zbór (Mt 18. 15–20). Niestety, mimo tych biblijnych wytycznych, trzeba przyznać, że również w społecznościach protestanckich i ewangelicznych zdarzają się przypadki pochopnych sądów, bez dokładnego zbadania dowodów lub ich rewizji. Dotyczy to szczególnie spraw bardzo osobistych, gdy w grę wchodzi zawarcie ponownego związku małżeńskiego, ą,,dowody” tylko pozornie przemawiają na niekorzyść wykluczonych. W innych zaś społecznościach (dzięki Bogu – nielicznych!) wyklucza się wierzących z powodów tak absurdalnych, jak na przykład odrzucenie wegetariańskiego sposobu żywienia (por. Rz 14. 1–6).

Cokolwiek by jednak powiedzieć o współczesnych nadużyciach, jedno jest pewne: środki dyscyplinarne są potrzebne, ale mają być stosowane jedynie wtedy, gdy jest to konieczne. Mają służyć dwóm zasadniczym celom: chronić zbór przed destrukcyjnym wpływem (1 Kor 5. 6) oraz skłonić błądzącego do opamiętania, aby się odwrócił od grzechu i powrócił do Boga i społeczności zborowej (por. 2 Kor 2. 5–10).

Bolesław Parma

 

 

„FAKTY I MITY” nr 30, 02.08.2007 r. PYTANIA CZYTELNIKÓW

CHRZEŚCIJAŃSKIE ŻYCIE MAŁŻEŃSKIE

Mam kilka pytań. Czy Bóg, a więc Biblia, dopuszcza rozwód i powtórne małżeństwo? Czy do zawarcia związku małżeńskiego potrzebna jest asysta jakiegoś duchownego (np. księdza lub pastora)? Czy życie w związku tylko cywilnym jest grzechem, czy też jest uważane przez Boga za prawdziwe małżeństwo?

Rozpocznijmy od pytania o rozwód i ponowne małżeństwo. Czy Biblia dopuszcza jedno i drugie? Oczywiście, że tak. Co prawda głosi, że związek mężczyzny i kobiety został ustanowiony przez samego Boga jako związek monogamiczny i nierozerwalny (por. Rdz 1. 27–28; 2. 24; Mt 19. 4–6), ale w wyjątkowych przypadkach dopuszcza i rozwód, i ponowne małżeństwo. Kiedy więc zachodziła taka wyjątkowa sytuacja? Według Księgi Powtórzonego Prawa, była nią okoliczność, kiedy mężczyzna „odkrył w niej [małżonce] coś odrażającego”. Wówczas mógł „wypisać jej list rozwodowy, wręczyć jej go i odprawić ją ze swego domu” (Pwt 24. 1).

Niestety, w praktyce zwrot „coś odrażającego” był dość często nadużywany, a jego interpretacja doprowadziła do tego, że ofiarami nieudanych związków padały kobiety. Udzielenie rozwodu było bowiem przywilejem głównie mężczyzny. Natomiast kobieta mogła starać się o rozwód tylko w wyjątkowych przypadkach, np. gdy mąż zaraził się trądem lub odstąpił od wiary. Ponadto, aby mogła uzyskać rozwód, zawsze musiała odwoływać się do sądu.

O prawie do rozwodu i ponownego małżeństwa mówił również Jezus. Powiedział On: „Ktokolwiek by odprawił żonę swoją, z wyjątkiem przyczyny wszeteczeństwa, i poślubił inną, cudzołoży, a kto by odprawioną poślubił, cudzołoży” (Mt 19. 9). W słowach tych Jezus uznał zatem żydowskie prawo do rozwodu, ale opowiedział się za jego surową interpretacją według szkoły Szammaja, która – w przeciwieństwie do liberalnej szkoły Hillela – dopuszczała rozwód jedynie w przypadku cudzołóstwa (tak mężczyzny jak i kobiety). Przypomnijmy, że szkoła Hillela pozwalała mężczyźnie oddalić żonę z tak błahego powodu jak przypalenie posiłku, gadulstwo, kłótliwość, chodzenie z rozpuszczonymi włosami lub lekceważenie rodziców. Stąd też Jezus sprzeciwił się takiemu podejściu do rozwodów, mając na uwadze m.in. ochronę pozycji kobiety.

Drugą podstawę do rozwodu podał z kolei ap. Paweł. W Pierwszym Liście do Koryntian czytamy: „Pozostałym zaś mówię ja, nie Pan:

Jeśli jakiś brat ma żonę pogankę, a ta zgadza się na współżycie z nim, niech się z nią nie rozwodzi; i żona, która ma męża poganina, a ten się zgadza na współżycie z nią, niech się nie rozwodzi (...). A jeśli poganin chce się rozwieść, niechże się rozwiedzie; w takich przypadkach brat czy siostra nie są niewolniczo związani, gdyż do pokoju powołał was Bóg” (1 Kor 7. 12–13, 15).

David H. Stern komentuje ten tekst następująco: „Podstawę do rozwodu sprecyzowano w w. 15, a wynika z niej jasno, że jeśli niewierzący małżonek odchodzi, to małżonek wierzący może uzyskać rozwód i zawrzeć ponowne małżeństwo – w takich okolicznościach brat czy siostra nie są zniewoleni. Bo niemożność uzyskania rozwodu i ponownego małżeństwa byłaby zniewoleniem w małżeństwie” („Komentarz żydowski do Nowego Testamentu”).

Biblia wymienia zatem tylko dwie podstawy do rozwodu i ponownego małżeństwa. W wielu jednak miejscach możemy przeczytać: „Jeśli Pan domu nie zbuduje, próżno trudzą się ci, którzy go budują” (Ps 127. 1); „(...) dom rozdwojony sam w sobie, nie ostoi się” (Mt 12. 25) oraz jeśli jakaś „sprawa jest z ludzi, wniwecz się obróci; jeśli jednak jest z Boga, nie zdołacie ich zniszczyć” (Dz 5. 38–39). Teksty te sugerują więc, że również z innych powodów może dojść do rozwodu, ale czy z prawem do ponownego małżeństwa, to już każdy musi rozstrzygnąć we własnym sumieniu. O tym bowiem, jakie są przyczyny rozpadu danego związku, najlepiej wiedzą same osoby zainteresowane.

O ile nie sposób akceptować egoistycznych i wybujałych przyczyn, to każdy zdrowo myślący człowiek zgodzi się z tym, że utrzymywanie na siłę patologicznych związków (np. z osobą uzależnioną) nie służy ani małżonkom, ani dzieciom. Tak więc chociaż rozwód jest nieszczęściem – najczęściej dla dzieci (choć też nie zawsze, jeśli na przykład są maltretowane) – w wielu przypadkach może okazać się on jedynym sposobem uniknięcia jeszcze większego zła. Bóg dał człowiekowi rozum do rozeznania różnych sytuacji. Dlatego też większość kościołów protestanckich dopuszcza rozwód nie tylko z powodu cudzołóstwa, ale również z innych przyczyn, takich jak: samowolne opuszczenie rodziny przez współmałżonka, uporczywa odmowa spełniania obowiązków małżeńskich, długotrwały pobyt w więzieniu, psychiczne i fizyczne znęcanie, impotencja mężczyzny, niepłodność kobiety oraz pijaństwo.

Często też pada pytanie: czy do zawarcia związku małżeńskiego potrzebna jest asysta jakiegoś duchownego, na przykład księdza, pastora lub rabina? Na tak postawione pytanie można odpowiedzieć krótko: nie! Po pierwsze dlatego, że Biblia nie daje ku temu żadnych podstaw. Po drugie – ponieważ nawet Kościół rzymski uczy, że tzw. sakramentu udzielają sobie sami małżonkowie. Po cóż więc aprobata czy nawet asysta księdza? I wreszcie dlatego, że przez wiele stuleci nie zawierano ślubów kościelnych. „Na Wschodzie błogosławieństwo ślubne stało się obowiązkiem dopiero w IX w. (i od razu biskup otrzymał prawo pobierania za nie opłaty!).

Na Zachodzie, zasiadający w owym czasie na papieskim tronie, Mikołaj I nie uważał, by przy zawieraniu małżeństwa była potrzebna ceremonia kościelna. Dopiero w wiekach XI i XII, gdy pojawiła się idea »sakramentu małżeńskiego«, nabrała też wagi deklaracja małżonków, wyrażona w obecności kapłana. Jednakże aż po wiek XVI, a konkretnie do Soboru Trydenckiego, uznawało się za ważne małżeństwo zawarte bez udziału księdza” (Karlheinz Deschner, „Krzyż Pański z Kościołem”).

Powyższe fakty przeczą twierdzeniu, jakoby Chrystus powierzył Kościołowi rzymskokatolickiemu ustawodawstwo dotyczące małżeństwa. Tym bardziej że w formie zinstytucjonalizowanej powstał on faktycznie dopiero w IV wieku. Ponadto przez długie wieki Kościół rzymski gloryfikował dziewictwo, a nie małżeństwo, które dyskredytował, traktując je jako zło konieczne. Biblia nie daje więc żadnych podstaw dla roszczeń Kościoła rzymskiego lub innego, aby był szafarzem łask Bożych w sprawach małżeństwa. Akt małżeństwa jest bowiem przede wszystkim kontraktem cywilno-prawnym, o zawarciu którego decydują sami małżonkowie, a do jego zalegalizowania lub unieważniania wystarczająco kompetentne są władze cywilne (Rz 13. 1–2).

Podobnie zresztą na instytucję małżeństwa zapatruje się judaizm, który jakkolwiek uznaje świętość tego związku, to jednak jego zawarcia nie uzależnia od obecności rabina oraz tzw. błogosławieństwa małżeńskiego. Oto co na ten temat czytamy w „Obrzędach i symbolach Żydów”: „Zazwyczaj mówi się o błogosławieństwie małżeńskim. Także i w przypadku ślubu kościelnego. Nawet o powiązaniu małżeństwa błogosławieństwem kościelnym. Wszystkie te jednak wyrażenia są właściwie zapożyczone. W rzeczywistości nie są one żydowskie. Nie odpowiadają one kategoriom czysto żydowskim. W prawdziwie żydowskim świecie małżeństwa są one nie na miejscu (...). Przeważnie podczas uroczystości wypowiada się życzenia. Zdarza się to zarówno przed, jak i po ślubie. Wypowiadają je nie tylko osoby sprawujące w tych obrzędach funkcje ani też jakieś określone osoby. Do tego nie potrzeba jakiegoś autorytetu, jakiegoś powołania. Nikt nie ma do tego jakiegoś specjalnego upoważnienia. Wszyscy ludzie razem składają życzenia młodej parze. (...) formuły poświęcające nie są żadnymi »błogosławieństwami«. Nie stanowią one jądra owych czynności; nie urzeczywistniają one samego aktu ślubu, nie przydają mu ważności formalno-prawnej. Są wyłącznie oprawą, uroczystą oprawą (...). Żydowski ślub jest w swej istocie aktem o charakterze żydowsko-cywilno-prawnym. Niczym mniej, niczym więcej. Niczym więcej dlatego, że nie posiada on charakteru sakramentalnego. Poświęcenie to jeszcze nie sakrament. Dlatego też nikt nie ma mocy usankcjonowania z góry ani tego aktu, ani treści zamiaru czy decyzji. Możemy wyrażać życzenia, wypowiadać modlitwy. Serdeczne życzenia i płomienne modlitwy. To wszystko” (rabin Simon Philip De Vries Mzn.).

Powyższy tekst nie wymaga żadnych komentarzy. Odpowiada też na ostatnie pytanie: czy życie tylko w związku cywilnym jest grzechem, czy też jest uważane przez Boga za prawdziwe małżeństwo? Również w tym przypadku odpowiedź jest prosta i jednoznaczna. O tym, czy mamy do czynienia z prawdziwym małżeństwem, nie decyduje żaden Kościół ani żaden duchowny, ani żaden sakrament, ale wyłącznie sami małżonkowie. Prawdziwe bowiem i udane małżeństwo zależy przede wszystkim od nich samych, od ich uczciwych intencji. A zatem nie może być mowy o grzechu (przestępstwie – 1 J 3. 4) tam, gdzie i pobudki są najszczersze i gdzie postępuje się zgodnie z prawem. Niezależnie więc od tego, czy pobierają się wierzący czy niewierzący, Bóg uznaje za właściwe każde małżeństwo, które zrodzone jest z uczciwych intencji i prawdziwej miłości. Bez nich bowiem każde małżeństwo, również to sakramentalne (co potwierdzają statystyki), prędzej czy później może stać się prawdziwym piekłem na ziemi.

Zawarcie związku małżeńskiego i udane pożycie małżeńskie nie jest więc uzależnione ani od miejsca zawarcia ślubu (kościoła, kaplicy, domu weselnego), ani od asysty jakiegoś duchownego, ale od samych małżonków. Z racji doniosłego wydarzenia, jakim jest ślub, uroczystość ta, co prawda, zwykle odbywa się w takim lub innym miejscu chrześcijańskich zgromadzeń i przy asyście duchownego, ale nie jest to wymogiem Biblii. Ta bowiem przede wszystkim kładzie nacisk na duchową jedność i wzajemną miłość małżonków. Bez których nie można nawet myśleć o trwałości i szczęściu małżeńskim.

Bolesław Parma

 

Napoleon Bonaparte: „Uznanie związku małżeńskiego za nierozerwalny to prowokacja do zbrodni”.

 

 

"FAKTY I MITY" nr 33, 23.08.2007 r. PYTANIA CZYTELNIKÓW

KOŚCIÓŁ A POLITYKA

Czy rzeczą właściwą z punktu widzenia Biblii jest faworyzowanie przez polityków doktryny kościelnej i wprowadzenie w życie dogmatów katolickich?

Czy media religijne powinny zajmować się sprawami politycznymi ,,w trosce o dobro wspólne”?

O ile w ramach państwa teokratycznego w okresie Starego Testamentu królowie popierali oficjalną doktrynę wiary (choć częściej odstępowali od niej), o tyle Nowy Testament głosi wyraźny rozdział Kościoła od państwa i potępia jakiekolwiek układy religijno-polityczne. Potwierdzają to następujące stwierdzenia: ,,Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18. 36); ,,Oddawajcie co jest cesarskiego – cesarzowi, a co bożego – Bogu” (Mt 22. 21) oraz zapowiedź sądu nad największym systemem religijnym – ,,wszetecznicą” – ,,z którą nierząd uprawiali królowie ziemi” (Ap 17. 2).

Nie są to jednak jedyne teksty, które zwracają się przeciwko zespoleniu władzy świeckiej z religią.

O wyraźnym bowiem dystansie Jezusa do jakiegokolwiek aliansu z władzą świecką, odrzuceniu politycznego przywództwa oraz świeckich metod i środków w celu krzewienia idei Królestwa Bożego świadczy również Jego zdecydowany sprzeciw wobec szatańskiej pokusy dotyczącej ,,władzy i chwały” królestw tego świata (por. Łk 4. 5–7), sprzeciw wobec żądań tłumu (w tym być może i zelotów), który chciał obwołać Go królem (J 6.15), jak i sprzeciw wobec wojowniczo nastawionego Piotra, który chciał użyć miecza w czasie aresztowania Jezusa. Reakcja Jezusa na to ostatnie wydarzenie była następująca: ,,Włóż miecz swój do pochwy; wszyscy bowiem, którzy miecza dobywają, od miecza giną. Czy myślisz, że nie mógłbym prosić Ojca mego, a On wystawiłby mi teraz więcej niż dwanaście legionów aniołów?” (Mt 26. 52–53).

Okazuje się zatem, że chociaż misja Jezusa przypadała na okres okupacji rzymskiej, a sytuacja w samym Izraelu była w wystarczającym stopniu napięta, aby w myśl katolickiej doktryny przeciwstawić się tyranii Rzymu, Jezus nie uległ pokusie połączenia swych sił z ówczesnymi politycznymi siłami Izraela i nie zabiegał o ich poparcie. Wolał raczej zginąć z rąk władzy świeckiej (za sprawą ówczesnych religiantów), niż z kimkolwiek się układać i pójść na jakikolwiek kompromis. Nie zabiegał więc o chwałę ludzką (J 5. 41), o jakiekolwiek faworyzowanie głoszonej przez Niego doktryny, ani też sam nie faworyzował kogokolwiek i nie zajmował się sprawami politycznymi, aby dzięki temu osiągnąć wytyczony sobie cel.

Potwierdzają to zresztą częściowo cytowane już słowa: ,,Królestwo moje nie jest z tego świata; gdyby z tego świata było Królestwo moje, słudzy moi walczyliby, abym nie był wydany Żydom; bo właśnie Królestwo moje nie jest stąd” (J 18. 36). Po których Jezus dodaje: ,,Ja się narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18. 36–37).

Z jednej strony, w słowach tych Jezus podkreślił, że nie uczynił nic przeciwko ówczesnej władzy, za co miałby być skazany – wszak Jego Królestwo miało wymiar duchowy (por. Łk 17. 20–21; J 3. 3) – z drugiej jednak strony wyraził zdecydowany sprzeciw wobec użycia świeckich metod w realizacji powierzonej Mu misji. Najskuteczniejszym bowiem środkiem prowadzącym do wyzwolenia nie tylko z kajdan grzechu, ale również z wszelkich przesądów, zabobonów, stereotypów, fałszywych doktryn oraz zniewalających systemów religijnych (klerykalizacji) i wszelkich przejawów ucisku społecznego, jest przede wszystkim Prawda Ewangelii (por. J 8. 32). Jezus nie odwoływał się więc do jakichkolwiek struktur władzy świeckiej i nie zabiegał o jej protekcję, niezależnie od tego, czy rzecz dotyczyła Jego misji (propagowania doktryny), czy też prawnej ochrony – Jego bezpieczeństwa. Głosił bowiem, że do realizacji Bożego celu (zbawienia – J 3. 17) niezbędne są Boże środki (Słowo Boże i moc Boża – Łk 9. 1–3; 1 P 4.11), a te na zawsze pozostaną odrębne od celów i środków, które przyświecają władzy świeckiej. Ap. Paweł napisał: ,,Bo chociaż żyjemy w ciele, nie walczymy cielesnymi środkami. Gdyż oręż nasz, którym walczymy, nie jest cielesny” (2 Kor 10. 3–4, por. Ef 6. 10–18; 2 Tm 2. 5).

Niestety, tego rodzaju ewangeliczne metody krzewienia idei Królestwa Bożego stosowano zaledwie przez okres pierwszych trzech wieków. Radykalne zmiany zaszły bowiem już w IV wieku, kiedy – jak pisał Karl Barth – cesarz Konstantyn został ,,twórcą chrześcijańskiego Kościoła powszechnego (...), kiedy wyniósł chrześcijaństwo do rangi religii państwowej... i kiedy Kościół rozciągnięto do wymiarów całego społeczeństwa” (,,Volkskirche, Freikirche, Bekenntniskirche” w: Leonard Verduin, ,,Anatomia hybrydy”). Od tego czasu doktrynę Kościoła rzymskokatolickiego uznano za jedyną oficjalną ideologię państwową, a odstępstwo od niej traktowane było jako przestępstwo – surowo karane.

Ten stan rzeczy trwał właściwie aż do XX wieku. Za wyznaniowym charakterem państwa, czyli uprzywilejowaną pozycją Kościoła rzymskiego, opowiadali się bowiem wszyscy papieże aż do Soboru Watykańskiego II. Dopiero podczas obrad tego soboru poddano rewizji dotychczasową uprzywilejowaną pozycję Kościoła, uznano prawo jednostek do swobody w sprawach religii i zaakceptowano równouprawnienie wszystkich związków religijnych.

Niestety, mimo uchwał soborowych, po 1989 r. Kościół rzymskokatolicki w Polsce na powrót zajął uprzywilejowaną pozycję. Przyczynili się do tego nie tylko politycy prawicowi, ale również lewicowi, którzy jeszcze skwapliwiej niż wcześniejsze władze PRL-u zaczęli układać się z Kościołem. Dzięki temu poparciu wzrosła więc dominacja kleru i jego wpływ na wszystkie dziedziny życia – ze sferą polityczną włącznie. Przykładem tego może być chociażby wprowadzenie religii do szkół wbrew ustawie o świeckości państwowych instytucji edukacyjnych. Następnie – przyznanie pensji katechetom z budżetu państwa, i to wbrew wcześniejszym zapewnieniom prymasa Glempa, że Kościół nigdy nie będzie żądał pieniędzy za nauczanie religii w szkołach.

I wreszcie podpisanie konkordatu (28 lipca 1993 r.) pomiędzy rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Stolicą Apostolską, który pod każdym względem faworyzuje instytucję Kościoła rzymskokatolickiego. Konkordat ten bowiem gwarantuje Kościołowi nadzwyczajne przywileje kosztem suwerenności naszego państwa. Poważnie obciąża finansowo Skarb Państwa i narusza zasadę równości wszystkich wspólnot religijnych w Polsce, a więc jest sprzeczny z konstytucją i z konstytucyjną zasadą rozdziału Kościoła od państwa. Ponadto sojusz ten (Kościoła z państwem) i nadanie jednej społeczności religijnej tak nadzwyczajnych przywilejów są sprzeczne z zasadami demokracji oraz z Biblią, która jednoznacznie potępia tego rodzaju układ jako niedopuszczalny (Ap 17. 2).

Z punktu widzenia Biblii faworyzowanie przez polityków jakiejkolwiek społeczności religijnej i jej doktryny jest więc nie do przyjęcia. Nie do przyjęcia i naganne jest finansowanie jakichkolwiek instytucji katolickich, w tym uczelni, a także dofinansowywanie budowy świątyń z budżetu państwa. Bóg przecież nie mieszka w świątyniach ręką zbudowanych (Dz 17. 24). Nieporozumieniem jest również odwoływanie się na siłę w preambule konstytucyjnej do Boga i tzw. wartości chrześcijańskich. Po pierwsze dlatego, że Biblia zakazuje nadużywania imienia Bożego nadaremno, a postawa wielu polityków i kleru dowodzi, że z takim właśnie zjawiskiem mamy do czynienia. Po drugie – ponieważ prawo naturalne i tzw. wartości chrześcijańskie albo są wpisane w serca ludzi i zgodnie z nimi postępują, albo też są im obojętne i nie zmienią tego żadne zapisy ani uchwały (por. Hbr 8. 10–13; Rz 2. 14–15). Innymi słowy: ani Bóg, ani wspólnota ludzi wierzących nie potrzebuje, aby uchwałami i ustawami sankcjonowano jakiekolwiek wymogi moralne, ponieważ w społeczności zgromadzonej wokół Jezusa Chrystusa w sprawach sumienia pierwszorzędne miejsce zajmuje Słowo Boże, a nie narzucane na siłę przez polityków i kler ustawy, dekrety, encykliki itp.

Faworyzowanie przez polityków doktryny kościelnej jest nie do przyjęcia również z tego względu, że wszystkie katolickie dogmaty, święta, z niedzielą włącznie, wszystkie zwyczaje, z procesjami, pielgrzymkami i kultem maryjnym oraz kultem tzw. świętych z Janem Pawłem II na czele – nie mają żadnych podstaw w Piśmie Świętym.

To jednak nie wszystko. Z punktu widzenia Biblii niedopuszczalne jest również, aby media religijne zajmowały się polityką. Bóg nie potrzebuje bowiem ani agitacji ze strony nieodrodzonych duchowo polityków, ani uwikłania wierzących w sprawy polityczne (por. 2 Kor 6. 14–16). Historia uczy, że na dłuższą metę takie zaangażowanie oraz wszelkie zależności tego typu (nigdy nie bezinteresowne) zazwyczaj przynosiły więcej szkody niż pożytku. Zaangażowanie więc mediów religijnych w rozgrywki polityczne, w kampanie wyborcze i zabieranie głosu w kwestiach politycznych nijak się mają do misji chrześcijańskiej. Według Biblii bowiem prawdziwi wyznawcy Chrystusa powołani są do tego, aby głosić ewangelię, a nie uprawiać politykę. Kościół ma głosić ,,Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego” (1 Kor 2. 2), a nie manipulować wiernymi w czasie np. kampanii wyborczych. Chrześcijańskie media nie powinny więc angażować się w sprawy czysto polityczne, a jeśli już zabierają głos w kwestiach dotyczących tej sfery, powinny zajmować stanowisko wyważone i bezstronne, pamiętając, że wyznawcy Chrystusa, w tym i media chrześcijańskie – obok krytycznej oceny sytuacji politycznej i samych władz – powołani są przede wszystkim do tego, ,,aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli we wszelkiej pobożności i uczciwości” (1 Tm 2. 1–2). Jeśli więc o tej prawdziwej pobożności i uczciwości (Jk 1. 27) media nie zapomną, wówczas mogą odegrać pozytywną rolę. Jeśli jednak zechcą stać się kolejną polityczną siłą – jak rozgłośnia Radio Maryja, która jątrzy i skłóca naród oraz nie liczy się z nikim i z niczym – doprowadzą ten kraj do jeszcze większego rozdarcia.

Bolesław Parma

 

 

"FAKTY I MITY" nr 38, 27.09.2007 r. PYTANIA CZYTELNIKÓW

PAPIESKA EKLEZJOLOGIA

Według orzeczenia papieża Benedykta XVI (29 czerwca 2007 r.) tylko Kościół rzymskokatolicki został założony przez Jezusa Chrystusa, a wszystkie inne wspólnoty kościelne nie mogą być nazywane Kościołami we właściwym tego słowa znaczeniu. Co na to Biblia?

Rozpocznijmy od stwierdzenia, że papieskie orzeczenie tak naprawdę nie jest niczym nowym, ponieważ katolicka eklezjologia nigdy nie uległa zasadniczej zmianie, a Kościół katolicki zawsze odwoływał się do tzw. sukcesji apostolskiej i kapłaństwa sakramentalnego. Zasadniczo więc papiestwo zawsze stało na stanowisku piętnastowiecznego soborowego dekretu florenckiego z 1442 roku, który głosił: ,,Święty Kościół katolicki (...) niezłomnie wierzy, wyznaje i głosi, że nikt, kto pozostaje poza Kościołem katolickim, nie tylko poganin, ale także Żyd, heretyk, schizmatyk, nie może być uczestnikiem życia wiecznego, lecz pójdzie w ogień wieczny zgotowany diabłu i jego aniołom (Mt 25. 41), chyba że zanim zakończy życie, zostanie przyjęty do niego. Bowiem związek z ciałem Kościoła jest tak wielkiej wagi, że sakramenty Kościoła pomocne są do zbawienia tylko dla tych, którzy w nim pozostają... A nikt nie może być zbawiony, niezależnie od tego, jak wiele jałmużny udzielał, nawet jeśli przelał swoją krew w imię Chrystusa, o ile nie pozostaje na łonie i w jedności z Kościołem katolickim”.

Z podobnym stanowiskiem – podobnym do deklaracji Dominus Iesus z 2000 roku, kiedy kard. Josef Ratzinger był jeszcze prefektem Kongregacji Nauki Wiary – spotykamy się też w bulli Unam Sanctam, wydanej przez papieża Bonifacego VIII. Oto fragment tego dokumentu: ,,Ponadto ogłaszamy, stwierdzamy, definiujemy i mówimy każdej ludzkiej istocie, że dla ich zbawienia konieczne jest całkowite poddanie kapłanowi rzymskiemu (Pontifex Romanum)”.

Jak widzimy, eklezjologia papieża Benedykta XVI wcale nie różni się od tej z czasów średniowiecza. Na niewiele zdały się więc obrady II Soboru Watykańskiego (1962–1965), który na krótko rozbudził nadzieje na probiblijne zmiany w polityce wyznaniowej Kościoła rzymskiego, wzywając do dialogu z innowiercami. Bo już w 1970 roku w posoborowym dokumencie wyraźnie określone zostały intencje dialogu: ,,Dialog sam w sobie nie jest celem (...) Służy raczej zmianie sposobu myślenia, zachowania i codziennego życia tych wspólnot. Tą drogą zamierza przygotować ścieżkę do ich jedności w wierze na łonie jedynego i widzialnego Kościoła: stąd krok po kroku, w miarę jak eliminowane są przeszkody do pełnej eklezjalnej komunii, wszyscy chrześcijanie zbiorą się na wspólnej celebracji Eucharystii w jedności jedynego Kościoła, jaką Chrystus od początku obdarzył swój Kościół. Jedność ta, jak wierzymy, mieszka w Kościele katolickim jako coś, czego nie może on nigdy stracić” (,,Refleksje i sugestie dotyczące dialogu ekumenicznego”, 14 VIII 1970).

Zasady i cele polityki papieskiej zawsze więc były te same, a papież Benedykt XVI tylko je potwierdził.

Co zatem, z biblijnego punktu widzenia, można powiedzieć o roszczeniach i dążeniach papiestwa?

Papieskie stanowisko dotyczące pochodzenia, prymatu i jedynozbawczej roli Kościoła rzymskiego jako rzekomo jedynego rzeczywistego Kościoła Chrystusowego nie ma absolutnie żadnych podstaw biblijnych. Jezus Chrystus nie założył bowiem ani Kościoła rzymskokatolickiego, ani żadnej innej instytucji, systemu czy nawet organizacji. Przyszedł bowiem do ,,owiec zaginionych z domu Izraela” (Mt 15. 24, por. Mt 10. 6), aby ożywić, odnowić i zbawić społeczność izraelską, do której zaprosił wszystkie narody, aby uczestniczyły w prawdziwej wierze Izraela w Boga Jahwe (por. Mt 28. 19; Dz 1. 8; Ef 2. 11–18). Judeochrześcijańska społeczność różni się więc pod wieloma względami od instytucji papieskiej. Oto niektóre z tych różnic.

1. Judeochrześcijańska wspólnota wiary powstała w I stuleciu po Chrystusie. Natomiast Kościół rzymskokatolicki powstał w IV wieku.

2. Członkostwo w duchowej wspólnocie Jezusa uwarunkowane było osobistą decyzją wiary, chrztem, z całkowitym nawróceniem do Boga i absolutnym zerwaniem z grzechem (por. Dz 2. 38; 8. 26–38; Rz 6. 1–14; 1 Kor 12. 13). Członkiem zaś Kościoła rzymskiego zostaje się tuż po urodzeniu poprzez chrzest niemowląt, który jest karykaturą i zafałszowaniem biblijnego chrztu.

3. Organizacja pierwotnych wspólnot chrześcijańskich ograniczała się do najprostszych form. Każda wspólnota była autonomiczna i zarządzana kolegialnie, a o najważniejszych sprawach decydowali wszyscy jej członkowie (por. Mt 18. 15–18). Rzymskokatolicki Kościół hierarchiczny jest zaś dyktaturą papieży, czyli zupełnym zaprzeczeniem ww. wspólnot.

4. Papiestwo głosi, że ap. Piotr jako głowa Kościoła był w Rzymie, a każdy papież jest następcą Piotra. Biblia jednak ani jednym słowem nie wspomina o tym, by Piotr był głową ,,ciała Chrystusowego” (por. Ef 1. 22–23; 5. 23), by był w Rzymie i by ustanawiał jakichkolwiek następców. Ponadto Pismo Święte wyraźnie określa kryteria apostolskie (Dz 1. 21–22), dodając, że wszyscy apostołowie byli osobiście wybrani przez Jezusa bez jakiejkolwiek wzmianki o następcach.

5. Podczas gdy papieska eklezjologia kładzie nacisk na hierarchiczny system kapłański, apostoł Piotr twierdził, że wszyscy duchowo odrodzeni wierzący są ,,rodem wybranym, królewskim kapłaństwem” (1 P 2. 9).

6. Gdy papiestwo głosi, że tylko Kościół rzymski dysponuje wszystkimi niezbędnymi środkami do zbawienia, Pismo św. uczy, że zbawienie to darowane jest w Chrystusie, a nie w tym czy w innym kościele (Dz 4. 12).

7. W przeciwieństwie do nauki Kościoła rzymskiego, który kładzie nacisk na pośrednictwo Marii, świętych i kapłanów, którzy rzekomo „otrzymali władzę, jakiej Bóg nie dał ani aniołom, ani archaniołom” (prymas Wyszyński), Pismo głosi, że istnieje tylko jeden pośrednik między Bogiem a ludźmi – Jezus Chrystus (1 Tm 2. 5, por. J 14. 6; Hbr 7. 25).

8. W całkowitym przeciwieństwie do Biblii pozostaje również tzw. ofiara mszy świętej. Jezus Chrystus złożył bowiem swoje życie w jedynej i niepowtarzalnej ofierze za grzechy całego świata (por. J 1. 29; Hbr 7. 27; 9. 28; 10. 10; 1 P 3. 18).

9. Gdy papież Benedykt XVI twierdzi, że do zbawienia niezbędne są sakramenty, których podstawą jest głównie Tradycja Kościoła, Jezus głosił coś zupełnie odwrotnego. Stwierdził: ,,Daremnie mi cześć oddają, głosząc nauki, które są nakazami ludzkimi” (Mt 15. 9, por. Mk 7. 7–9). Podobne stanowisko zajął później ap. Paweł, który jednoznacznie potępił ludzkie tradycje (por. Ga 1. 6–9; Kol 2. 8), oraz ap. Piotr, który przestrzegał przed fałszywymi nauczycielami, bo ci – jak pisał – „wprowadzać będą zgubne nauki i zapierać się Pana, który ich odkupił” (2 P 2. 1), co w najbardziej rażący sposób urzeczywistniło się w doktrynie Kościoła rzymskiego. Dogmaty i Tradycja tego Kościoła są bowiem zaprzeczeniem nauki apostolskiej, która głosi, że ,,wiara jest ze słuchania, a słuchanie przez Słowo Chrystusowe” (Rz 10. 17). Na ten fakt zwracał też uwagę ap. Piotr, który w swoich listach ani razu nie odwoływał się do jakiejkolwiek tradycji, a jedynie do Słowa Bożego, które prowadzi do odrodzenia, duchowego wzrostu i uświęcenia (1 P 1. 22–25; 2. 2; 4. 11).

Jak widzimy, papiestwo powołujące się na ap. Piotra, tak naprawdę nie ma z nim nic wspólnego. Apostoł ten bowiem w swych listach ani jednym słowem nie wspomniał o swym prymacie i nieomylności, o boskim kulcie Marii (jej wiecznym dziewictwie, niepokalanym poczęciu, wniebowzięciu, pośrednictwie i modlitwach kierowanych do niej), o kulcie świętych, ich relikwii i obrazów, o kapłaństwie sakramentalnym z celibatem włącznie, o czyśćcu i mękach piekielnych, o transsubstancjacji, o spowiedzi usznej oraz o święceniu niedzieli i innych katolickich świętach i zwyczajach. Dlaczego więc ap. Piotr ani jednym słowem nie wspomniał o tym wszystkim, co jest tak istotne dla Kościoła rzymskiego? Odpowiedź może być tylko jedna: ponieważ wszystkie te i wiele innych elementów katolickiej doktryny były zupełnie obce Piotrowi. Nie mają one bowiem absolutnie nic wspólnego z przesłaniem Biblii.

Biblia obnaża papieski system eklezjalny jako system odstępczy od ,,wiary, która raz na zawsze została przekazana świętym (prorokom i apostołom)” (Jud 3, por. Ef 2. 20).

Cokolwiek by więc powiedzieć o przekonaniach i twierdzeniach papieża Benedykta XVI w sprawie prymatu Kościoła rzymskiego i dyskryminacji Kościołów protestanckich, jedno nie ulega wątpliwości: Benedykt XVI postanowił powrócić do wcześniejszej (średniowiecznej) nieugiętej polityki papieskiej, która doprowadziła do straszliwych prześladowań wszystkich innowierców.

Zarówno deklaracja Dominus Iesus z 2000 roku, jak i orzeczenie Benedykta XVI z dnia 29 czerwca 2007 roku potwierdzają więc, że rzeczywiście mamy do czynienia z dawnym ,,pancernym” kardynałem, a obecnie twardogłowym papieżem, który chciałby rządzić światem za pomocą dekretów, podobnie jak w zamierzchłych czasach czynili to jego poprzednicy. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Twardogłowa polityka i orzeczenia Benedykta XVI demaskują bowiem jednocześnie jego własny zwodniczy system. Wszak Jezus powiedział: ,,Z obfitości serca mówią usta” (Mt 12. 34) oraz: „(...) po owocach poznacie ich” (Mt 7. 20). ,,Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione i nic nie pozostało utajone, co by nie wyszło na jaw” (Mk 4. 22).

Odpowiedzią więc na papieskie dekrety, orzeczenia i roszczenia jest całe Pismo, które również demaskuje papieską eklezjologię i ostrzega: ,,Nie pozwalajcie się nazywać Rabbi, bo jeden tylko jest – Nauczyciel wasz, Chrystus, a wy wszyscy jesteście braćmi. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie ojcem swoim; albowiem jeden jest Ojciec wasz – Ten w niebie” (Mt 12. 34).

Bolesław Parma

 

 

„FAKTY I MITY” nr 14, 08.04.2004 r.

KIM BYŁA MARIA?

Katolicy bez zastrzeżeń wierzą w Marię – matkę Chrystusa. Nazwali ją Matką Boską i pod względem oddawania czci zrównali z samym Bogiem. Właśnie minęła 20 rocznica zawierzenia jej całego świata. W ten sposób Jan Paweł II spełnił jedno z ostatnich życzeń Pani z Fatimy.

Początki jednak były inne. Przez przeszło sto lat nikt nie ustanawiał kultu Matki Boskiej, nikt nie myślał nawet, aby uczynić z niej tak znaczącą postać w życiu chrześcijan.

W historii Kościoła nie istnieje żaden potwierdzony przekaz historyczny związany z matką Jezusa. U św. Pawła – w jego najstarszych zachowanych listach – brak jest wiedzy o Matce Boskiej. Ewangelie również mało interesują się Marią. Marek wspomina, że była matką Chrystusa i pozostałych dzieci. Mateusz zanotował, że Maria była zaręczona z Józefem i kiedy ten dowiedział się o ciąży, chciał zerwać zaręczyny. Dopiero interwencja anioła udaremniła zerwanie, a Józef podjął współżycie seksualne z Marią dopiero po narodzinach Jezusa.

Trochę więcej dowiadujemy się o Marii z Ewangelii św. Jana. Wspomina on, że Maria była jedną z osób uczestniczących w weselu w Kanie Galilejskiej. Kiedy zwróciła uwagę Jezusa, że zaczyna brakować wina, ten odpowiedział jej, żeby mu nie przeszkadzała.

Ostatnim źródłem informacji o Marii są Dzieje Apostolskie. Dowiadujemy się z nich tylko tyle, że po wniebowstąpieniu Jezusa Maria przebywała wśród apostołów w Jerozolimie.

Nic ponadto nie wiemy o dalszych losach matki Jezusa. Można więc wnioskować, że to Kościół na własne potrzeby sprokurował mit wywyższający Marię. Można się też domyślać, że niepokalana i pełna skromności Maria miała być dla wiernych ideałem kobiecości, a jej dziewictwo zostało przeciwstawione erotyzmowi. Gdyby zapisać w postaci kalendarza wzrost znaczenia Marii i ułożyć te daty chronologicznie, to historia kultu wyglądałaby następująco:

– 431 r. – sobór w Efezie uznaje Marię za matkę Boga;

– 649 r. – sobór grozi ekskomuniką za zakwestionowanie dziewictwa Marii;

– 1854 r. – ogłoszenie dogmatu o niepokalanym poczęciu Marii;

– 1950 r. – ogłoszenie dogmatu o wniebowstąpieniu Marii.

Byłoby oszustwem nie wspomnieć o tym, że madonna z dzieciątkiem nie jest wymysłem Kościoła chrześcijańskiego. Już kilka tysięcy lat temu odnaleziono pierwsze figurki z takimi postaciami. Miało to miejsce w Castal Huyuk, gdzie odkryto posążek liczący około 8 tysięcy lat.

Z kolei na wyspach Morza Śródziemnego odkryto posążki liczące około 3,5 tysiąca lat, podobnie jak figurki znalezione w południowych Włoszech. Postacie kobiet trzymających w ramionach dzieciątko odkryto w Anatolii – bogini nosiła nazwę Kybele. Takie same figurki składano w ofierze Artemidzie z Efezu. Podobnie przedstawiano Afrodytę z synem Erosem, matkę bogów Reę z Zeusem, egipską Izydę z Horusem czy wizerunki kobiet z dzieciątkiem na rzymskich monetach. Wszystkie nazywano „matką bogów”.

Chrześcijańska Maria posiada ponadto wszelkie atrybuty, które przypisywano starożytnym boginiom, np. dziewictwo. Już sumeryjska Inana była równocześnie dziewicą i matką. Fenicka Asztarte była czczona jako dziewicza bogini płodności. Atena dla Greków była dziewicą itd. Używane

w stosunku do Marii określenie „dziewica” nie ma żadnego biblijnego odniesienia. Dopiero odwołanie się do proroctwa Izajasza: „Oto Panna pocznie i porodzi syna, i nazwie go imieniem Emmanuel” (Iz 7. 14) i zastosowanie tych słów do Marii zapoczątkowało spory teologiczne. Św. Justyn twierdził, że Maria była dziewicą przed narodzinami i że zachowała dziewictwo w trakcie porodu. Z kolei Orygenes nauczał, że jeśli sprawcą ciąży był Duch Święty, a więc poczęcie nastąpiło w sposób dziewiczy, to w czasie porodu „otwarło się matczyne łono”. Dodawał przy tym, że Jezus był jedynym dzieckiem Marii i że nie prowadziła ona życia intymnego. Gloryfikowanie dziewictwa Marii zaczęto wkrótce przenosić na inne kobiety. Jeden z tzw. ojców Kościoła, biskup Zenon z Werony, przyjął zasadę: w dziewictwie poczęła, w dziewictwie urodziła, w dziewictwie pozostała.

Logiczne były przyczyny, dla których Kościół posługiwał się pogańskimi boginiami w celu przybliżenia poganom chrześcijańskiej ideologii. Z psychologicznego punktu widzenia wskazanie w nowej wierze punktów wspólnych i odwołanie się do tego, w co wierzono wcześniej, ułatwiało asymilację nowej religii. Upodobnienie Marii do pogańskich bogiń spowodowało, że ludzie gotowi byli przychylniej spojrzeć na nową wiarę. I taka Maria – dziewica, matka, królowa w niebie – była zadośćuczynieniem dla wyznawców na ziemi. Czyż można nie wielbić istoty, która jest symbolem wszechogarniającej harmonii? Nie tylko można, ale i trzeba. Pod jednym wszak warunkiem – jeśli chcemy być podobni do czystej Marii, musimy wystrzegać się pokus i zachować wstrzemięźliwość płciową. Tak oto poprzez uwielbienie Marii otrzymujemy od Kościoła nakaz – oczywiście moralny – seksualnej abstynencji. Bo Marii można służyć tylko po zdławieniu własnej seksualności.

Kościół bezwzględnie to przesłanie wykorzystywał i wykorzystuje, ale tylko wobec maluczkich. Swoim funkcjonariuszom daje większą swobodę, a w każdym razie tłumaczy ich i rozgrzesza.

Adam Trzciński

 

 

„FAKTY I MITY” nr 33, 25.08.2005 r.: (...) Dwa istotne punkty sporne to dziewictwo Maryi i posiadanie przez nią innych dzieci. To sami Żydzi już 300 lat przed narodzeniem Jezusa, tłumacząc Stary Testament na język grecki, słowo alma, czyli „dziewczyna”, zamienili na „dziewica”. Tradycję tę podtrzymali chrześcijanie, a do rangi dogmatu sprowadził ją Kościół... (...)

 

 

"FAKTY I MITY" nr 11, 17-23.03.2006 r.

NIEŚWIĘTE PISMO

BLIŹNIACY

Czy Jezus miał brata bliźniaka? Sugestia ta należy do najmocniej zakorzenionych starożytnych „herezji”.

We wszystkich czterech Ewangeliach i w Dziejach Apostolskich pojawiają się wzmianki o uczniu imieniem Tomasz, ale nie przypisuje mu się wielkiego znaczenia. Nie wyróżnia się niczym szczególnym – funkcjonuje na uboczu głównego nurtu wydarzeń. Właściwie nic o nim nie wiadomo. W pamięci potocznej zachował się jako „niewierny Tomasz” – ten, który podał w wątpliwość wiarę w zmartwychwstanie Jezusa (J 20. 24–29). Tymczasem ze źródeł innych niż pisma kanoniczne wynika, że Tomasz był jednym z najaktywniejszych i najbardziej wpływowych apostołów. Mało tego, jawi się w nich jako... bliźniaczy brat Jezusa.

Okazuje się, że Tomasz wcale nie jest imieniem własnym tego apostoła. Podobnie jak określenie Piotr („głaz”) było przydomkiem rybaka o imieniu Szymon (Szymon Piotr znaczy „pojętny jak głaz”), tak i „Tomasz” jest przydomkiem, który po aramejsku znaczy „bliźniak”. W Ewangelii Jana nazwany jest Tomaszem Didymosem lub Tomaszem zwanym Didymosem, co również znaczy „bliźniak”, tyle że po grecku. A zatem „Tomasz zwany Didymosem” to po prostu „Bliźniak zwany Bliźniakiem”(!). Jakie było zatem prawdziwe imię Tomasza?

Odpowiedzi na to pytanie udziela nieuznawana dziś za kanoniczną Ewangelia Tomasza, która powstała mniej więcej w tym samym czasie co Ewangelia Janowa. Apostoł Tomasz utożsamiany jest w niej z Judaszem Tomaszem, czyli Judaszem Bliźniakiem. W kwestii identyfikacji tej postaci wypowiedział się jednoznacznie prof. H. Koester z Wydziału Religioznawstwa na Uniwersytecie Harvarda. Jego zdaniem, nie ma wątpliwości co do tego, że Judasz Tomasz był jednym z czterech braci Jezusa, występującym na kartach NT jako Juda. W Dziejach Tomasza czytamy, że kiedy Jezus stanął przed pewnym człowiekiem, „(...) ten dostrzegł podobieństwo Pana do apostoła Judasza Tomasza (...). Pan zaś rzekł mu: »Jam nie jest Judasz, którego zwą Tomaszem, jam jego brat«”. W tym samym źródle, w inwokacji do Ducha Świętego, czytamy: „Przybądź, Duchu Święty, Święta Gołębico, która niesiesz parę bliźniąt...”. Z kolei w innym fragmencie apokryficznym Jezus, zbliżając się do Piotra i Judasza Tomasza, rzecze: „Bądź pozdrowiony, Tomaszu [Bliźniaku], mój drugi mesjaszu”. Sugestia, że Jezus miał brata bliźniaka, wydawać się może dla wielu mocno naciągana. Uczeni zwracają jednak uwagę na bardzo istotny dla sprawy fakt. Otóż pisma, w których Judasz Tomasz figuruje jako bliźniak Jezusa, były przez pewien czas akceptowane na równi z pismami kanonicznymi NT. Dotyczy to kościołów w Syrii, Azji Mniejszej i Egipcie, które – jak uważa wielu biblistów – były spadkobiercami czystszej tradycji nazarejskiej, jeszcze nie zniekształconej przez teologię paulińską.

Według Euzebiusza z Cezarei – historyka Kościoła z IV w. – Tomasz Bliźniak prowadził ewangelizację wśród Partów (dzisiejszy Iran), a potem w Indiach. Poniósł śmierć męczeńską w Kalaminie, przekłuty lancą, a jego grób – odnaleziony na przedmieściach Madrasu – był podobno pusty... Istnieją dowody na to, że Judasz Tomasz przebywał w Edessie (dzisiejsza Urfa w Turcji), gdzie głosił nauki nazarejskie królowi Abgarowi. Tam też powstał cykl pism związanych z jego postacią. Co ciekawe – Edessa z dawien dawna była ośrodkiem kultu innych boskich bliźniaków – Momina i Aziza.

Artur Cecuła

 

 

„FAKTY I MITY” 2003 r.

OKRUTNY BÓG

Wielkie religie monoteistyczne

rozszerzały swoje wpływy poprzez

podboje, święte wojny, wyniszczanie

inaczej wierzących i „niewiernych”.

Dotyczy to w różnym stopniu judaizmu,

chrześcijaństwa i islamu. Mówiąc

dosadnie: bogowie religii monoteistycznych

po prostu się nie znoszą.

Na początku kształtowania się religii żydowskiej panuje

jeszcze monolatria – wiara w jedno najwyższe bóstwo,

które jednak musi się liczyć z konkurencją. Jahwe

jest bogiem najsilniejszym, domaga się wyłączności

kultu i czci. Objawia się Mojżeszowi w niewoli egipskiej.

Gdy Mojżesz pyta o jego imię, Bóg-Jahwe odpowiada:

„Jestem, który jestem” (Wj 3. 14). Za jego sprawą

Mojżesz uzyskuje zgodę na wyjście z Egiptu. Jahwe

udziela też od razu praktycznych rad przywódcy plemienia:

„Niech więc każda kobieta wyprosi od sąsiadki

swojej i od współmieszkanki domu swego przedmioty ze

złota i srebra oraz szaty; włóżcie je na synów i córki wasze

i tak złupcie Egipt”. Ilekroć Izraelici będą napadać

na obce plemiona, kradzieże i rabunek będą najłagodniejszymi

z form udokumentowania triumfu.

Bóg Biblii jest od pierwszych stronic Starego Testamentu

Bogiem karzącym, grożącym, podejrzliwym. Mit

o Adamie i Ewie jest bardzo wymowny. Alice Miller,

psycholog z Niemiec, w książce pt. „Mury milczenia. Cena

wyparcia urazów dzieciństwa” pisze: „Kim był ten pełen

sprzeczności Bóg-Ojciec, który miał potrzebę stworzenia

ciekawej, zainteresowanej Ewy i zabronienia jej jednocześnie

bycia sobą? (...) Wygnaniem z raju miała zacząć

się historia ludzkiego cierpienia. Ale czy nie powinniśmy

odnieść tego zmyślonego początku do jeszcze dawniejszej

przeszłości? Czy moglibyśmy dzisiaj tęsknić za rajem, w którym

by przykazano człowiekowi akceptować sprzeczności,

bez pytań i posłusznie, to znaczy właściwie pozostawać

w okresie niemowlęctwa? (...) Jeżeli chodzi o naszych

rodzonych ojców, to są oni tym bardziej niepewnymi

dziećmi, im bardziej grubiańsko i autorytatywnie postępują.

Wielbienie Boga ze strachu dorównywałoby »czarnej

pedagogice« (kościelnej, odwiecznej)”. I dalej jeszcze:

„Gdyby rzeczywiście istniał kochający Bóg, to nie

podlegalibyśmy jego sankcjom. Kochałby nas takimi, jakimi

jesteśmy, nie straszyłby nas, nie wystawiałby na

próby. Ufałby nam. Pozwoliłby nam żyć pełnią uczuć

i impulsów”. Mit o Adamie i Ewie rozpoczyna historię

Boga, który prawie zawsze posługiwał się groźbą

i strachem. I był bezlitosny w karaniu, a swemu narodowi

wybranemu zalecał używanie siły, eksterminację

obcych ludów, okrucieństwo.

Czytamy o radach, rozkazach Boga, o sposobie postępowania

z miastami nieprzyjaciół: „Skoro ci je Pan

Bóg twój odda w ręce – wszystkich mężczyzn wytniesz

ostrzem miecza. Tylko kobiety, dzieci, trzody (...) zabierzesz

(...) i będziesz korzystał”. Na taką wyrozumiałość

mogą jednak liczyć tylko dalecy nieprzyjaciele. Dla najbliższych

sąsiadów, których ziemie trzeba zająć, nie ma

odrobiny litości. Bóg mówi: „Nie pozostawisz żadnej żywej

duszy” (Pwt 20. 12–16). Gdzie indziej znajdujemy

słowa: „Gdy Pan Bóg twój wprowadzi cię do ziemi (...)

usunie liczne narody przed tobą (...), a ty je wytępisz, obłożysz

je klątwą, nie zawrzesz z nimi przymierza, nie okażesz

litości. Nie będziesz z nimi zawierał małżeństw (...).

Wytępisz wszystkie narody, które ci daje Pan Bóg twój. Nie

zlituje się twoje oko nad nimi” (Pwt 7). Jak pisze jeden

z najznakomitszych współczesnych krytyków chrześcijaństwa,

Karlheinz Deschner: „(...) ten Bóg nie cieszy się

niczym bardziej niż zemstą i zgliszczami”.

Bóg Jahwe chełpi się: „Patrzcie teraz, że Ja jestem,

Ja jeden, i nie ma ze mną żadnego boga (...) Upoję

krwią moje strzały, mój miecz napasie się mięsem, krwią

poległych i uprowadzonych dowódców nieprzyjacielskich”

(Pwt 33. 32, 42). Jak widać, czytając spore fragmenty Biblii,

można mieć co najmniej mieszane uczucia. Ale są

chrześcijanie, którzy uważają, że z Panem Bogiem wszystko

jest w porządku i należy mu się cześć i chwała.

Jak wiadomo, naród izraelski, „naród twardego karku”,

często rezygnował albo zapominał o czci należnej

Jahwe. Dla takich niesubordynowanych Jahwe miał oczywiście

kodeks karny. Izraelitom za nieposłuszeństwo

groziły niezliczone kary, a niektóre wręcz wyrafinowane.

Jahwe ogłasza: „Ześlę na was przerażenie, wycieńczenie

i gorączkę, które prowadzą do ślepoty i rujnują zdrowie (...).

Ześlę na was dzikie zwierzęta, które porwą wasze dzieci,

zniszczą bydło (...). Ześlę na was siedmiokrotne kary za

wasze grzechy, będziecie jedli ciała synów i córek waszych

(...). Zamienię w ruiny wasze miasta, spustoszę wasze

miejsca święte (...). Przeklęty będziesz w mieście, przeklęty

w polu (...). Przeklęty owoc twego łona (...). Pan sprawi,

że przylgnie do ciebie zaraza (...). Pan dotknie cię wrzodem

egipskim, hemoroidami, świerzbem i parchami, których

nie zdołasz wyleczyć (...), które rozciągną się od stopy

aż do wierzchu głowy” (Pwt 28).

Uff! Dosyć tych atrakcji dla „Narodu Wybranego”.

Czy to naprawdę Biblia? Czy te słowa wypowiadane przez

autora – człowieka – nie ukazują jakiegoś monstrum, potwora?

Wielu czytelników, odnalazłszy takie opisy w Biblii,

potem raczej je omija. Ale cóż, skoro autor 2 Listu

do Tymoteusza mówi, że „...wszelkie pismo od Boga natchnione

jest, pożyteczne do nauczania, do poprawiania,

do kształcenia w sprawiedliwości”. Musimy więc chyba albo

zaakceptować Jahwe, albo uznać przynajmniej, że główna,

nadnaturalna, postać ST to obłąkany demiurg, bóg

niebezpieczny, niepoczytalny. Dzisiaj człowiek wyrażający

podobne groźby byłby zapewne lokatorem więzienia

o zaostrzonym rygorze lub pacjentem oddziału psychiatrycznego.

Tilmann Moser to psychiatra i pisarz niemiecki,

który otrzymał wychowanie religijne. Obraz

Boga – groźnego i żądającego perfekcjonizmu – wywołał

u pisarza nerwicę eklezjogenną. Pisze o tym w książce

pt. „Gottesvergiftung” („Zatruwanie Bogiem”), gdzie

ciekawe uwagi czyni teologom. Przypominając historię

ofiarowania Izaaka przez Abrahama (Izaak, jak wiadomo,

nie został jednak zarżnięty), pisze z trwogą o ofiarowaniu

Jezusa i jego męczarniach. Moser zwraca się do

Boga, w którego już nie wierzy: „W przypadku Twojego

własnego syna zachowałeś się mniej powściągliwie, dając

upust własnemu sadyzmowi (...), a ja ponownie miłowałem

Cię, zgodnie z powszechnym wezwaniem, podziwiałem

Ciebie, albowiem dla mojego dobra – grzesznego człowieka

– ofiarowałeś własnego syna. To rzecz, która wywołuje

określone wrażenie... U żadnego z kaznodziei nie zrodziło

się dotychczas podejrzenie, ze może to nie z nami, ale

z Tobą coś jest nie w porządku, jeżeli z wielkiej miłości do

ludzi musiałeś dopuścić do zabicia własnego syna”.

Religie monoteistyczne na ogół nie cenią życia człowieka.

Obecnie najwyraźniej jest to widoczne w islamie,

w jego ekstremistycznej formie wywiedzionej z Koranu.

Ale czy Żydzi i chrześcijanie przez wieki przelali mniej

krwi niż islamiści? Nie bronię islamistów, uważam ich za

zbrodniarzy – ofiary prania mózgu i sprytnych machinacji

arabskich baronów naftowych. Ale czy chrześcijanie ze

swoimi krucjatami, inkwizycjami i podbojami kolonialnymi

są choć trochę lepsi? Czyż i obecnie George Bush nie

rozpętał krwawej, napastniczej wojny w Iraku pod naciskiem

Żydów i ewangelicznych chrześcijan z USA? A co

z dziesiątkami wcześniejszych wojen, rozpętanych przez

chrześcijańskie mocarstwo?

Pomyślmy też o fanatykach i „ofiarach wiary” wśród

chrześcijan. Czy nie są podobni do bohatera ST, Jeftego?

Kiedy Bóg upodobał sobie jego córkę (Sdz 11), sędzia Jefte

zgodził się na jej ofiarowanie i pozbawienie życia.

Nie chodzę do żadnego kościoła, ale słyszę wszędzie, nawet

w telewizji, ze Bóg to życie, miłość, inspiracja do obrony

życia poczętego itp. Starotestamentowy autor bez nagany

pokazuje ofiarowanie córki Jeftego. Pewnie wtedy

Bóg nie był jeszcze wrogiem aborcji... W liście do Hebrajczyków,

w NT, Jefte i Abraham nazwani zostali rycerzami

wiary (Hbr 11. 17, 32).

Wybitny teolog niemiecki – Dorothea Sölle – powiedziała

kiedyś: „Płacz każdego cierpiącego dziecka

jest dowodem, że Pan Bóg nie jest wszechwładny”.

Jan Gajewski

 

 

„FAKTY I MITY” nr 8, 26.02.2004 r. NIEŚWIĘTE PISMO

ZEW KRWI

Ten odcinek rozważań nad Biblią

nie będzie – wbrew pozorom

– traktował o tym, że judeo-

chrześcijański Bóg nakazywał mordo-

wać niewiernych. O tym wszyscy już od

dawna wiedzą. Teraz naszą uwagę zwrócimy na fakt zamiłowania biblijnego

bóstwa do krwi.

Kiedy dziś słyszymy o krwawych

ofiarach ze zwierząt, a tym bardziej

ludzi, oburzamy się. I bardzo słusznie

– oznacza to, że razi nas okrucieństwo.

Z odrazą czytamy o satanistycznych

czarnych mszach, o zarzynanych

kogutach i ociekających

krwią baranich łbach. Tym bardziej

dziwi fakt entuzjazmu, jaki chrześcijanie

– gorszący się przecież ekscesami

satanistów (czy pseudosatanistów)

– okazują własnemu, wcale nie

mniej krwawemu bóstwu. Przecież

cały starotestamentowy kult świątynny

opierał się na zarzynaniu zwierząt.

Strumienie krwi tysięcy baranów,

kozłów, a nawet ptaków nie

przestawały przez stulecia cieszyć

oczu Jahwe.

Nie był to żaden ludzki wymysł

– działo się tak na jasno sprecyzowane

żądanie samego Boga. Ta sama Biblia,

która nakazuje zabijać, aby zmazać

krwią ludzkie grzechy, twierdzi, że

„Bóg nie ma upodobania w śmierci

grzesznika”. Być może, ale z całą pewnością

Bóg ma upodobanie w śmierci

niewinnych niczemu zwierząt.

Ktoś powie, że to było dawno,

w Starym Testamencie, a w Nowym

Bóg już niczego takiego od nas nie

wymaga. Czyżby żydowski Bóg się ucywilizował,

shumanizował? Zmienił mu

się charakter? Bynajmniej. Mówi się,

że śmierć Chrystusa na krzyżu jest dowodem

wielkiego Bożego miłosierdzia:

„Bóg tak umiłował świat, że dał swojego

Syna umiłowanego, aby każdy, kto

w niego wierzy, nie umarł, ale miał

życie wieczne”. Dobrze, może tak jest,

ale śmierć Chrystusa jest także dowodem

na zamiłowanie Boga do krwi

i przemocy. Teologia chrześcijańska

dowodzi, że nic nie mogło zaspokoić

poczucia boskiej sprawiedliwości

– tylko krew. Stąd potrzeba doprowadzenia

do zamordowania Chrystusa

– doskonałej ofiary, która zaspokoiła

Boże poczucie sprawiedliwości.

Bóg wydał swojego Syna na

śmierć, mimo że ten błagał go o litość

w ogrodzie Getsemane. Może

to i dla kogoś piękne, ale dla mnie

– przede wszystkim potwornie okrutne

i straszne. Cóż to za

charakter, który domaga

się potwornego

cierpienia i któremu

tylko krew jest

w stanie przynieść ulgę?!

Jak nazywamy ludzi, którzy

lubują się w oglądaniu

krwi, w jej przelewaniu?

Niech Czytelnik sam

sobie na to pytanie odpowie.

Na tym nie koniec

przelewania krwi – chrześcijaństwo

wymaga od swoich

wyznawców gotowości do złożenia

ofiary z własnego życia.

Nazywamy to męczeństwem.

W całej historii chrześcijaństwa setki

tysięcy ludzi dało się zabić z rąk

„niewiernych” lub „fałszywych braci”

(innych chrześcijan) ku większej

chwale Bożej. Wyparcie się wiary

w obliczu śmierci było traktowane

jak największy grzech, który niweczył

szansę na zbawienie. I tak obłęd składania

życia w ofierze bóstwu trwa

aż do dziś.

Kiedy słyszymy, że chrześcijaństwo

jest najwznioślejszą z religii,

a Bóg biblijny jest Bogiem miłości,

miejmy na uwadze całą prawdę

o tej religii. Nie mam tu na myśli tzw.

wypaczeń, czyli mordów i nietolerancji,

jakie znaczą historię kościołów,

ale samą jej istotę, jej rdzeń. Myślę

o charakterze bóstwa, charakterze takim,

jakim je przedstawia tzw. Pismo

Święte. Albo coś jest nie tak ze świętością

tej księgi, albo z jej Bogiem.

Aleksandra Filipowicz

 

 

„FAKTY I MITY” nr 2, 16.01.2003 r.

ŚLADAMI NASZYCH PUBLIKACJI PSEUDOPROROCTWA I PSEUDOUZASADNIENIE

W świątecznym wydaniu „Faktów i Mitów” ukazał się pseudonaukowy artykuł doktora Alfreda Palli zatytułowany „Proroctwa a matematyka”. Tekst ten zawiera dużo błędów formalnych, których nie można pozostawić bez komentarza.

Zasadniczy tok rozumowania jest następujący. Prawdopodobieństwo wystąpienia kilku niezależnych zdarzeń losowych jest iloczynem prawdopodobieństw pojedynczych zdarzeń.

Potrafimy oszacować prawdopodobieństwo przypadkowego wypełnienia proroctw starotestamentowych. W artykule przywołano dziesięć takich proroctw, rachunki doktora Palli dały niesłychanie mały wynik 10-43. W świetle tych danych odrzucenie Jezusa jako Mesjasza byłoby czymś niedorzecznym i sprzecznym z dostępnymi faktami (to cytat). Każdy z punktów powyższego rozumowania nadaje się do zakwestionowania.

Nie wiemy, czy proroctwa starotestamentowe istotnie się wypełniły; wprawdzie na wstępie doktor Palla wspomina, że istnieje możliwość, iż wszystko to jest dziełem późniejszych autorów chrześcijańskich, a wtedy chrześcijaństwo jest blefem, w dalszej części artykułu nie bierze jednak takiej możliwości pod uwagę. W rzeczywistości nie wiemy, czy Chrystus jest postacią historyczną, czy mityczną. Jeśli uznamy go za postać historyczną, nie wiemy, czy dysponujemy historycznym, czy mitycznym zapisem jego życia; nie wiemy, czy opisywane w ewangeliach (w każdej nieco inaczej) wydarzenia z jego życia miały miejsce, a jeśli miały, to jak w rzeczywistości przebiegały. Nie wiemy, czy zdarzenia polegające na wypełnieniu się różnych starotestamentowych proroctw były zdarzeniami niezależnymi, o czym za chwilę. Nie mając pewności, co w rzeczywistości się działo, nie potrafimy oszacować prawdopodobieństwa zdarzenia. Przykład: prawdopodobieństwo wypełnienia proroctwa Zachariasza mówiącego o triumfalnym wjeździe na ośle do Jerozolimy króla zostało oszacowane na 10-5. Jednak równie dobrze można twierdzić, że Chrystus jest istotnie postacią historyczną, że w jego interesie było przekonać współczesnych, iż jest Mesjaszem, a zaaranżowanie przez niego wjazdu do Jerozolimy byłoby nie tylko czymś prostym technicznie, ale pożądanym ze względu na wydźwięk takiego wydarzenia. Jeśli Chrystus zamierzał przekonać Żydów o tym, że jest Mesjaszem, byłoby logicznie postępować tak, by jego czyny zgadzały się z proroctwami.

Trudno to nazwać zdarzeniami niezależnymi, podobnie jak trudno nazwać zdarzeniami niezależnymi sekwencje odgrywane przez aktora na scenie. Rodzi się także pytanie, dlaczego akurat te, a nie inne proroctwa? Trochę mi to przypomina dowody, że czarny kot przynosi pecha. Zwolennicy tej tezy przywołują przypadki koincydencji spotkania czarnego kota i pechowego wydarzenia. Zapominają o spotkaniach z czarnym kotem, które żadnego pecha nie przyniosły.

Wybór proroctw, które się wypełniły, dokonywany jest ex post, w swobodny sposób. Nigdzie w Starym Testamencie nie jest powiedziane, że ten, a nie inny zestaw jest kluczowy i decydujący, a możliwych proroctw jest ogromna ilość. Istnieje także spora elastyczność w ocenie, czy proroctwo się wypełniło, czy nie. Myślę, że fakt istnienia dużej liczby proroctw, które się nie wypełniły jest kompromitujący. Nawet bardzo małe prawdopodobieństwo wypełnienia pewnego ciągu zdarzeń nie świadczy o niczym. Jeśli wierzyć autorom chrześcijańskim, to o czym mówimy, wydarzyło się tylko jeden raz; nie było przedtem ani potem innych Chrystusów.

Doktor Palla nie rozumie istoty zdarzeń losowych. Niezwykle małe prawdopodobieństwo zdarzenia nie oznacza, że takie wydarzenie nie może mieć miejsca, natomiast raczej nie należy się spodziewać, że ono się prędko powtórzy (choć i tego nie da się wykluczyć). Tak więc skądinąd wątpliwy liczbowy wynik doktora Palli absolutnie nie ma żadnego waloru  dowodowego. Ciągi niezwykle mało prawdopodobnych zdarzeń czasem zdarzają się ludziom w burzliwych czasach (a takimi były niewątpliwie czasy Chrystusa), na przykład podczas wojen. Przykład takiego ciągu zdarzeń można znaleźć w powieści Stanisława Lema „Katar”.

dr Krzysztof Rejmer

 

 

„FAKTY I MITY” nr 3, 23.01.2003 r.

BIBLIJNY KOD CZY KABAŁA? (2)

Michael Drosnin w swym best-sellerze na temat kodu biblijnego przedstawił szereg wydarzeń rzekomo przepowiedzianych w Torze, np. zabójstwo premiera I. Rabina, J. Kennedy’ego, holokaust Hitlera, wybuch bomby w Oklahoma City itp.

Drosnin nie wspomniał jednak, że jego kod oparty na metodzie równoodległych liter (ELS) jest jedynie dziełem matematycznego prawdopodobieństwa, a nie wyrocznią. Udowodnił to D. Witztum, jeden z twórców tej metody, podając przykłady niespełnionych zapowiedzi, np. morderstwa Churchilla, które nigdy nie nastąpiło! Co więcej, w każdej książce spisanej po hebrajsku można znaleźć podobne zapowiedzi, gdyż jest to pismo, które nie zawiera samogłosek, a więc stwarza wiele możliwości interpretacyjnych przy zastosowaniu wspomnianej metody.

Po cóż więc czynić medium do wróżenia akurat z Biblii, jak to uczynił Drosnin? On sam odparł na to: „Kiedy moi krytycy znajdą zapowiedź zamordowania jakiegoś premiera zakodowaną w powieści Moby Dick, wtedy dam im wiarę”.

Wyzwania tego podjął się prof. Brendan McKay, australijski matematyk. I w powieści H. Melville’a „Moby Dick” znalazł nie jedno, ale 13 „zapowiedzi” morderstw dotyczących znanych osobistości: oprócz Icchaka Rabina m.in. premier Indii Indiry Gandhi (patrz tabela), Lwa Trockiego, Johna Kennedy’ego! Mało tego, Moby Dick zapowiedział nawet śmierć M. Drosnina, a obok dość adekwatne słowa: „Tora”, „kłamstwo” i „kłamca” (sic!). McKay zdemaskował reklamowany przez Drosnina kod biblijny jako wielki blef. Wykazał, że za pomocą ciągów równoległych liter (ELS) nie tylko Biblia czy „Moby Dick”, ale każda książka, nawet hebrajska książka telefoniczna, przyniesie „proroctwa” podobne do tych, jakich Drosnin doszukał się w swej hebrajskiej Biblii. Niektórzy chrześcijańscy „specjaliści” od proroctw podchwycili idee Drosnina, sądząc, że mają w nich nowy dowód na natchnienie Biblii. Tak jednak nie jest. „Kod” nie dowodzi wiarygodności Biblii, dlatego nie nawrócił

nawet jego propagatorów. Drosnin wyznał: „Nie jestem religijny. Nie wierzę nawet w istnienie Boga”. Zauważył też, że: „...prawdziwe posłannictwo kodu stoi w opozycji do Biblii”.

W tym Drosnin ma rację, gdyż „kod”, zachęcając do szukania własnych „proroctw” w Piśmie Świętym, uczy ignorować zawarte w nim nauki.

Twórcy ELS nie ukrywają, że inspiracją dla nich była żydowska kabała. Kabaliści doszukiwali się w Torze ukrytego znaczenia, głównie za pomocą gematrii, interpretując znaczenie słów na podstawie ich wartości liczbowej, oraz notarikonu, czyli systemu akrostycznego, w którym brało się pierwszą (drugą, trzecią czy kolejną) literę każdego słowa w zdaniu, aby w ten sposób doszukiwać się w tekście „ukrytych” słów i znaczeń.

Za książką Drosnina poszły programy komputerowe, które każdemu już pozwalają szukać w Biblii przyszłości swoich krewnych, narodu i świata. Metoda ta umożliwia bowiem doszukania się w Biblii wszystkiego o wszystkich. Tak też wierzyli kabaliści. Na przykład wielki rabin Gaon z Wilna uważał, że w Torze ukryte jest przesłanie, które dotyczy „wszystkiego tego, co jest i co będzie”. Głównym problemem metody Drosnina jest to, że sprowadza Pismo Święte do rangi taniego medium. Tekst Pisma Świętego nie ma więc większego znaczenia, a liczy się tylko jako medium. Ale Biblia nie jest księgą ezoteryczną. Bóg powiedział w niej: „Nie przemawiam potajemnie” (Iz 45. 19). Pismo Święte przestrzega wierzących przed wróżbiarstwem (2 Krn 33. 6; Iz 2. 6; Pwt 18. 9–11), ponieważ wróżenie, obiecując człowiekowi kontrolę nad jego losem, wyraża brak wiary w Boga i brak ufności w Jego prowadzenie.

dr Alfred J. Palla

(autor jest biblistą i historykiem, temat szerzej opisuje w swej książce „Sekrety Biblii”)

 

 

„FAKTY I MITY” nr 8, 27.02.2003 r.

STWÓRCY BIBLII

„Tak mówi Bóg”, „tego naucza Słowo Boże” – twierdzą

zapamiętale fundamentaliści biblijni, wymachując energicznie

książką w czarnej oprawie z napisem „Pismo Święte”.

Dla nich słowa tej książki i wola

Boża to jedno i to samo. Przynajmniej

tak, jakby Biblia spadła z nieba. Problem

w tym, że nie spadła...

Nie mam zamiaru zajmować się

tzw. sprzecznościami w Biblii, bo

ewangeliczni chrześcijanie i inni fundamentaliści

biblijni zawsze wykażą,

że żadnych błędów w Piśmie nie ma,

bo... być nie może. Istnieje problem

znacznie bardziej istotny – mianowicie

zagadnienie pochodzenia Pisma

Świętego chrześcijan. Czy rozwikłanie

tej sprawy ma jakieś znaczenie

dla ludzi żyjących obecnie? Ma,

i to żywotne! Ludzie, literalnie interpretując

słowa Biblii, podejmują wiele

decyzji mających ogromny wpływ

na ich życie. Gdyby nie ich wiara

w Boskie natchnienie tego, co nazywają

Pismem Świętym, ich życie potoczyłoby

się zupełnie inaczej. Tak

więc w imię wierności Biblii, czyli (ich

zdaniem) samemu Bogu, niektórzy

odmawiają pomocy swoim umierającym

dzieciom (rezygnacja

z transfuzji!), oddają znaczne kwoty

na związki wyznaniowe (dziesięcina),

rezygnują z pracy zawodowej, by oddać

się działalności misyjnej, potępiają

niektóre zachowania seksualne,

dyskryminują w swoich wspólnotach

kobiety, decydują się na liczne

– rezygnują z niego zupełnie. Niektórzy

w imię Bożego Słowa opuszczają

kościoły lub się do nich zapisują,

inni doprowadzają do upadku swoje

małżeństwa, stając się obcymi dla własnych

krewnych. Chęć sprostania wymaganiom

(często domniemanym) tej

księgi w znacznym stopniu kształtuje

egzystencję wielu ludzi. Wiąże się

to często z cierpieniem i dramatycznymi

przeżyciami wielu osób, które

nie mają wpływu na światopoglądowe

decyzje swoich bliskich (dzieci,

małżonkowie). Dlatego pytam: czy

fundamentalizm chrześcijański ma racjonalne

podstawy? Czy rzeczywiście

wolą Boga było przekazanie ludzkości

nieomylnej księgi i czy kiedykolwiek

ją ludzkości przekazał?

Żeby było jasne – celem tego tekstu

nie jest kwestionowanie autentyczności

objawienia żydowskiego czy

chrześcijańskiego w ogóle. Nie mam

zamiaru dywagować nad tym, czy Bóg

przekazał Mojżeszowi prawo. Moje

pytanie brzmi: jak to, co nazywamy

Pięcioksięgiem, ma się do ewentualnego

prawdziwego spotkania Mojżesza

z Bogiem. Podobnie nie zastanawiam

się w tym tekście nad tym, czy

Jezus był prawdziwym Mesjaszem, ale

nad tym raczej, ile wspólnego ma księga

zwana Nowym Testamentem z poglądami

Bóg chciał kiedykolwiek, żeby powstało

coś takiego jak Nowy i Stary Testament?

Bo jeżeli prawdą jest, że

Najwyższy nie pobłogosławił tego,

co my za Boskie uważamy, to czy przypadkiem,

obstając przy swoim, nie

wchodzimy w kolizję z prawdziwymi

Bożymi zamiarami wobec nas. Czy

z czcią należną Stwórcy traktując ludzki

tekst, nie popełniamy czasem bałwochwalstwa?!

Interesuje mnie właśnie ten rodzaj

bałwochwalstwa, polegający

na uznaniu czyjegoś prywatnego

listu za wypowiedź samego Boga

i umieszczeniu go w wykazie pism

natchnionych... Co ciekawe, nieostrożność

ta (moim zdaniem) jest

popełniana często przez tych, którzy

zapamiętale, i słusznie zresztą, krytykują

oddawanie religijnej czci obrazom

i figurom, dziełom rąk ludzkich.

Ano właśnie...

Nie wszyscy zdają sobie sprawę

z tego, że księga, którą trzymają w ręku,

nie jest żadnym monolitem, ale

zbiorem rozmaitych tekstów różnego

pochodzenia i autorstwa. Jak to się

zatem stało, że pewne starożytne teksty

uznano za święte i przez Boga

natchnione, a inne nie? Kto o tym

zdecydował? Czyżby sam Pan Bóg?

Problem w tym, że niekoniecznie,

a początki Starego Testamentu giną

w pomroce dziejów, nie wiemy najczęściej,

kto jest prawdziwym autorem

poszczególnych ksiąg. Czy Mojżesz

w swojej piątej księdze (Pwt) opisał

własną śmierć wraz z żałobą Izraelitów?!

A swoją drogą, czy Bóg miał

zamiar dać Żydom jakąś inną objawioną

księgę wychodzącą poza to,

co Bóg przekazał im na górze Synaj?

A jeżeli tak, to skąd o tym wiemy?

Czy nie z tych ksiąg Starego Testamentu,

które właśnie zostały dodanedo Tory pod wpływem tradycji

gmin żydowskich? Nie chcę wcale

przez to powiedzieć, że nie istnieli

prawdziwi prorocy. Pytanie jednak

brzmi, na jakiej podstawie uznajemy

księgi podpisane ich imionami za normy

kształtujące nasze poglądy teologiczne?

Czy nie jest tak, że to gminy

żydowskie powoli dodawały poszczególne

księgi do kanonu „Pism Świętych”

i że proces ten – pełen sporów

i dysput – zakończył się dopiero 2000

lat temu na synodzie rabinów w Jamni?

A więc pozwólmy sobie to powiedzieć

– Stary Testament stworzyli Żydzi,

a czy i ile wspólnego ma z tym

Bóg, jest zupełnie osobną kwestią.

Popularne stwierdzenie, że „Bóg dał

Żydom Biblię” jest więc, delikatnie

mówiąc, wielkim uproszczeniem.

A jak to było z Nowym Testamentem?

Skąd się wziął? Czy

Pan Jezus kazał go napisać?

Nawet co do samych

ewangelii nie mamy

żadnej pewności, czy

opisywane w niej historie

dokładnie jota

w jotę oddają

prawdziwe wydarzenia.

Najprawdopodobniej

nie napisali ich przecież naoczni

świadkowie, a nawet gdyby, to

jaki mamy dowód na to, że napisali

całą prawdę? Ten, że byli pobożni...?

A co dopiero powiedzieć o fakcie,

że za „nieomylne Słowo Boże”

uznano prywatną korespondencję

świętego Pawła. Przecież Paweł był

postacią bardzo kontrowersyjną w Kościele,

wielu uważało zresztą, że nie

ma on prawa do nazywania się apostołem.

Tymczasem po jego śmierci

prywatną korespondencję ze wspólnotami

chrześcijańskimi i kilkoma

osobami uznano za nieomylne „Słowo

Boga”! Sam fakt, że rację w końcu

przyznano Pawłowi, a nie jego

żydowskiej opozycji, nie jest dowodem

w sprawie. Problem jest inny

– skąd komuś przyszło do głowy, że

Paweł jest nieomylny!!! Nieomylny

przecież jest tylko Bóg. Jak możemy

produkować równanie: słowo

Pawła = słowo Boga.

Kto nam na to pozwolił?

Obawiam się, że sam

Paweł przewróciłby się

w grobie, gdyby się

o tym dowiedział! Nie

chodzi o to,

czy jego wizja chrześcijaństwa pokrywa

się z zamiarami Chrystusa, ale

o fakt, że z każdego napisanego przez

niego zdania uczyniono wyrocznię.

Podobnie, choć znacznie później,

zrobiono z Apokalipsą świętego Jana.

Wiele wspólnot chrześcijańskich

jej nie znało albo nie traktowano jej

poważnie, dopiero w III i IV powszechnie

przyjęto, że jest ona „nieomylna

i natchniona”. A więc pokolenia

bliższe jej powstaniu miały rozmaite

wątpliwości co do jej natchnienia,

a późniejsze już nie. Dziwnym

trafem powtórzyła się historia z Pawłem

i jego pismami. Ci, którzy go znali,

często mieli wątpliwości co do

niego i jego poglądów, a im więcej

czasu mijało i mniej było świadków,

tym bardziej pewność wzrastała... Teraz

na bazie Apokalipsy buduje się

zawiłe teorie i wypisuje z ogromną

pewnością siebie, co też to Bóg przez

nią objawia światu. Czy rozsądek

nie nakazuje ostrożności? Jeżeli

pierwsi chrześcijanie byli z jakichś

powodów nieufni wobec

Pawła, jego pism i innych tekstów

znajdujących się w obecnym

kanonie, to czy tym bardziej my

nie powinniśmy tacy być? Czy otaczanie

ich boskim nimbem nie jest

przypadkiem religijnym nadużyciem?

Czy nie jest zatem tak, że autorem

Nowego Testamentu jest starożytny

Kościół? Czy to nie wspólnoty

chrześcijańskie i ich przywódcy zdecydowali,

które teksty są „od Boga”,

a które nie? Czy warto zatem

kruszyć kopie o każde zdanie, tak

jakby zostało przyniesione na

anielskich skrzydłach? Czy warto

toczyć spory, dokonywać podziałów,

a czasem skazywać siebie

i innych na śmierć?

Niestety, łatwiej jest uwierzyć

w cudowność jakiejś księgi,

w to, że jest ona Bożym prezentem,

niż kierować się w życiu wyłącznie

zdrowym rozsądkiem – tym niewątpliwym

Bożym darem. Biblia daje

milionom ludzi poczucie bezpieczeństwa

– mają się czego w życiu

trzymać, jakkolwiek kłócą się nieustannie

wokół jej interpretacji. Czy

obciążając własne i cudze sumienia

biblijnymi nakazami (zawsze zresztą

wybiórczo!), chrześcijanie nie czynią

tego samowolnie, za boskie uznając

coś, co pochodzi od człowieka?

Na jakim zatem fundamencie budują

swoje życie? Czy czasem nie na

piasku ludzkiej tradycji...

Marek Krak

 

Od wielu miesięcy w cyklu „Biblia mówi” prezentujemy na łamach „FiM” stanowisko tych osób, które twierdzą, że Stary i Nowy Testament to zbiór ksiąg natchnionych i jedynie prawdziwe źródło wiedzy o pradawnej historii rodzaju ludzkiego. Rozmowa z biblistami jest trudna, bo według nich wszystko, co jest sprzeczne z Biblią, jest nienaukowe, a to, co ją potwierdza, jest dowodem na jej prawdziwość, na istnienie Boga i kreatywnego aktu boskiego stworzenia. Tym razem, dla równowagi, zaprezentujemy poglądy diametralnie odmienne. Ich głosiciele, z tytułami profesorów znanych uniwersytetów, nie dość, że podważają historyczną i naukową prawdziwość Biblii, to wręcz udowadniają, iż np. Stary Testament to zbiór bajek, mitów, legend, półprawd, a nawet celowych przekłamań i mistyfikacji. Obszerny artykuł na ten temat, pióra Matthiasa Schulza, ukazał

się niedawno w „Der Spiegel”. Poniższy tekst został napisany na jego podstawie.

 

 

„FAKTY I MITY” nr 17, 01.05.2003 r.

BIBLIJNE MISTYFIKACJE

Biblia to dla wielu rzetelny opis historycznych faktów. Czy aby na pewno? A może to raczej zbiór mitów i celowych przekłamań? Według niektórych archeologów i lingwistów – tak właśnie jest.

Jak pamiętamy, biblijny Dawid zabił z procy olbrzyma Goliata. Później zwycięzca pojedynku – podobno namaszczony przez Pana władca – skierował swoją armię na Jerozolimę. Następnie przez 40 lat król Dawid zasiadał na tronie wielkiego królestwa rozciągającego się od Eufratu aż po Morze Czarne. Tyle Biblia, tylko że... Tylko że problem polega na tym, iż takie królestwo nigdy nie istniało, a dowodzenie, że Stary Testament jest zbiorem faktów historycznych należy (tak jak i tę księgę) włożyć między bajki. Na przykład legendarny pałac Dawida, chętnie pokazywany dziś we wschodniej Jerozolimie, to chata o powierzchni 16 metrów kwadratowych – bez okien, za to z kamienną płytą z dziurą w środku – to była ubikacja. Czy świetność królestwa Dawida wyglądała tak jak i jego „wspaniałe” domostwo? Przecież w 1 Księdze Królewskiej czytamy, że „srebra król złożył w Jerozolimie tyle, co kamieni”.

Niestety (dla biblistów), Dawidowa stolica w świetle najnowszych wykopalisk kurczy się do rozmiarów wioski, w której mieszkało ledwie 2 tysiące osób. Znany archeolog Rolf Krauss nazywa ją wręcz prowincjonalną – nawet jak na tamte czasy – dziurą.

Gromy na autentyczność biblijnego przesłania sypią się zewsząd. Ostatnio cios zadał mu szef wykopalisk

archeologicznych z telawiwskiego uniwersytetu, Israel Finkelstein, który stwierdza, że fundamentalne dla Biblii opowieści to nic innego, jak tylko bajki: „Wyjście plemion żydowskich z Egiptu nie miało miejsca, trąby jerychońskie to fikcja, ziemia Kanaan nie została podbita, jak tego chce Księga Jozuego, a królestwo Dawida i Salomona było – delikatnie mówiąc – znacznie mniej wspaniałe, bo obaj lokalni przywódcy panowali jedynie nad nieistotnymi, peryferyjnymi obszarami i małymi społecznościami.

– Stanęliśmy w obliczu przełomu – przyznaje wykładowca języków biblijnych na uniwersytecie w Augsburgu, Dirk Kinet, komentując w ten sposób najnowsze odkrycia. Ale zacznijmy od początku, czyli od powstania Boga. „Jak to powstania Boga?” – zapytacie. Przecież Biblia pokazuje Go jako istotę wieczną, poza czasem i przestrzenią. Nigdy się nie narodził i nigdy nie umrze. Wszak już Abraham i Mojżesz składali mu ofiary. Jednak współczesna archeologia pokazuje, że dzisiejszy Bóg miał swoje historyczne i na dodatek dość mizerne początki.

– Nie ulega wątpliwości, że początkowo Jahwe to bóg pogody i płodności, a jego seksualny aspekt dopiero z czasem był spychany na dalszy plan – wyjaśnia Dirk Kinet a wtóruje mu francuski archeolog Andre Caquat. W Ugarit, 400 km od Jerozolimy, odkryto liczne teksty i złote posążki. Jeden z nich przedstawia mężczyznę z brodą – mądrego starca i niebiańskiego ojca El, pierwotną formę Boga. Cóż, dla wielu odkrycie, że dzisiejszy Stwórca ewoluował z pogańskiego bożka, nie jest łatwe do przełknięcia. Jednego bożka? Ależ skąd... wielu bożków. Tę wiedzę zawdzięczamy specjaliście od badań nad Starym Testamentem, Othmarowi Keelowi. Żmudnie przebadał

ponad 8,5 tysiąca starożytnych pieczęci i ogłosił, że w Palestynie wręcz roiło się od bożków. Np. na szczycie niemal każdego wzgórza składano ofiary całopalne, a przed domostwami stały małe ołtarze, gdzie uprawiano kult przodków.

Najważniejszym bóstwem był jednak władający piorunami Baal, zaś Jahwe jawił się wówczas jako jeden z pomniejszych w szeregu do ubóstwiania.

Już sam problem daty powstania pierwszych ksiąg Pisma Świętego jest przedmiotem licznych i niekończących

się sporów. Wyróżnić tu można trzy obozy:

– tradycjonalistów, którzy utrzymują, że Biblia powstała około 1000 lat p.n.e.

– umiarkowanych – zakładających, że było to około 600 lat p.n.e.

– minimalistów – uznających Stary Testament za dzieło hellenistyczne powstałe po roku 330 p.n.e., czyli już po śmierci greckich filozofów Sokratesa i Platona.

– rewolucjonistów – twierdzących (jak np. ewangelicki profesor, wykładowca teologii z Heidelbergu, Bernd Jörg Diebner), że Pięcioksiąg powstawał stopniowo i był modyfikowany jeszcze – UWAGA! – do 50 roku naszej ery.

Najstarsze odnalezione dotąd teksty biblijne to słynne zwoje z Qumran nad Morzem Martwym. Zwoje te poddano badaniom na zawartość izotopu węgla C-14 i okazało się, że powstały około roku 240 p.n.e. – są więc stosunkowo młode. Znacznie młodsze niż inne zachowane do dziś starożytne dokumenty.

Wracając do samej zawartości Biblii, to roi się ona od nieścisłości czy wręcz zwykłych zafałszowań. Oto np. Abraham (XX–XV w. p.n.e.) stale jeździł na wielbłądzie. Jak to możliwe? – pytają archeolodzy – wszak to zwierzę udomowiono dopiero ok. 1000 lat p.n.e. Idźmy dalej: w Księdze Wyjścia (rozdział 42) Żydzi płacą za zboże metalowymi pieniędzmi. Ciekawe, skąd je wzięli, skoro najstarsze monety pochodzą z Azji Mniejszej i zostały wynalezione dopiero w VII wieku p.n.e.

W Księdze Jozuego wódz ten, prowadząc wojnę błyskawiczną, przechodzi Jordan i kierowany przez Pana zmiata z powierzchni ziemi tubylczą ludność wraz z jej bóstwami. Tymczasem nowe wykopaliska pokazują, że – jak to wyjaśnia Finkelstein – zasiedlenie Kanaanu przebiegało pokojowo i bardzo, ale to bardzo powoli.

W sumie około roku 1000 p.n.e. wszystkie ziemie Kanaanu zamieszkiwało zaledwie około 50 tysięcy ludzi. Absolutnym panem tej krainy był faraon i zaiste trudno sobie wyobrazić, aby sypiający przed namiotem Mojżesz mógł na tym silnie ufortyfikowanym i spacyfikowanym przez Egipcjan terenie prowadzić jakieś kampanie wojenne.

W miejscu, gdzie według Biblii powstały wspaniałe królestwa, w rzeczywistości, według dzisiejszej archeologii, mieszkali tylko brodaci pasterze, a imperium Dawida to tylko sprytnie zmanipulowana legenda. Chyba że prymitywne chaty koczowników podniesie się do rangi pałaców.

Ale kto i po co tworzył owe mity i fałszował historię? Otóż jak zwykle chodziło o monopol, czyli wyłączność na władzę i o wyłączność na jedynie słuszną prawdę, która w tym przypadku była jednoznaczna z jedynie słusznym Bogiem. Oto wciśnięta pomiędzy Egipt i Asyrię, będąca w rozpaczliwej sytuacji zaniku własnej tożsamości, Judea rozpoczęła kontrofensywę. Ponieważ jednak nie miała armii, zaatakowała religią. Dziś nazwalibyśmy to Projektem Jahwe.

Współcześni naukowcy zakładają, że autorem tego projektu był Jozjasz. Biblia przedstawia go jako tego, który

miał wyeliminować ślady obcych kultur i poprowadzić naród żydowski do zbawienia. Ten rzeczywiście istniejący lokalny władca najprawdopodobniej zwołał swoich kapłanów i nakazał im znaleźć boskiego opiekuna oraz spisać narodowy mit – epos o ziemi obiecanej. Chodziło o podniesienie własnej wartości i „pokrzepienie serc” (tak jak przekłamana historycznie Sienkiewiczowska Trylogia), a przede wszystkim zaznaczenia własnej inności i wyjątkowości. W ten sposób w Biblii spisano zbiór odrębnych – często irracjonalnych – praw, reguł czy wręcz tabu, w myśl których nie wolno było na przykład spożywać mięsa świni, zająca czy wielbłąda, mieszać różnych rodzajów włókien, golić boków brody, obcinać włosów w kółko, obsiewać pola dwoma gatunkami ziaren, w soboty zabroniono rozpalać ognia, a niemowlętom obcinano napletek. „Kapłani postawili na separację” – mówi Finkelstein.

Z mało znaczącego bożka Jahwe stworzono wszechpotężnego i gniewnego Boga. Spisano najważniejsze teksty Biblii, wymyślono postaci Abrahama i Mojżesza, a ich czyny umieszczono w odległej przeszłości. Żydowskie elity, a to one właśnie stworzyły religię judaistyczną, były i są naprawdę zdolne.

Najnowsze badania potwierdzają tę teorię. Likwidacja politeizmu trwała znacznie dłużej, niż dotychczas sądzono. Jeszcze około roku 600 p.n.e. ludność Judei była tak samo politeistyczna jak inne nacje. Dopiero dzisiejsza archeologia rzuca więcej światła na tamte dzieje. Szczególnie doniosłe jest odkrycie zagadkowego sanktuarium leżącego 10 km od Jerozolimy. Najnowszy raport wykopaliskowy (2002 rok) stwierdza, że plemiona Izraela odprawiały tu rytualne tańce zaklinaczy deszczu jeszcze w II wieku p.n.e.

Pogańskie rytuały pod bokiem najwyższych kapłanów? Owszem! Wobec tych i innych odkryć Bernd Jörg Diebner powiedział: „Bądźcie nieufni przy czytaniu Biblii!”.

Tekst w „Der Spiegel” wywołał prawdziwą wściekłość biblijnych ortodoksów. Nieco tylko mniejszą niż „Szatańskie wersety” w Iranie. Autora oraz cytowanych przez niego naukowców okrzyknięto bezbożnikami i narzędziami w ręku szatana.

To smutne, że próba krytycznego, naukowego podejścia do biblijnego fundamentalizmu wciąż jeszcze spotyka się z takimi reakcjami. Przecież nikt kreacjonistom nie zabrania wierzenia w potopy, arki, wieżę Babel, przejście „suchą nogą” przez Morze Czerwone i tym podobne barwne historie. Przyznam, że i w naszej redakcji rozległy się głosy, aby tego opracowania nie drukować. Jednak kierownictwo „FiM”, pozostając w przeświadczeniu, że tam, gdzie wszyscy myślą jednakowo, nikt nie myśli zbyt wiele, postanowiło niniejszy tekst zamieścić.

opracował Marek Szenborn

 

 

„FAKTY I MITY” nr 22, 05.06.2003 r.

BIBLIOŻERCY

Szarganie świętości jest czynnością

satysfakcjonującą, często popłatną

i – wbrew pozorom – stosunkowo

bezpieczną.

Ulubionym rekwizytem „szargaczy” jest świętość

najwyższa – Biblia. Wielu wiernych jest przekonanych,

że zawiera ona prawdę absolutną i należy się stosować

do wniosków, morałów i nauk z jej treści płynących.

Szargacze biblijni to jednak żadna łobuzeria,

ale oprószeni siwizną panowie z budzącymi respekt

tytułami naukowymi przed nazwiskiem. Jedyną ich

„zbrodnią” jest to, że nie poprzestali na dziecięcej ufności

wiary, lecz zaczęli myśleć, zadawać pytania, analizować,

podważać. Ostatnio obserwuje się inwazję bibliożerców,

którzy w swych konkluzjach posuwają się

coraz dalej. Do podważania biorą się ci, od których

oczekiwano, że będą dawać odpór.

Włoscy dziennikarze – Roberto Beretta i Elisabetta

Broli – wydali ostatnio książkę pt. „11 przykazań”,

bazującą na rozmowach ze znanym teologiem mediolańskim,

Gianfranco Ravasim, który opowiadał

o rezultatach swych badań. Książka analizuje 60 nieprawdziwych

stwierdzeń, błędów interpretacyjnych

i fałszerstw zawartych w Biblii. Beretta i Broli to nie

jacyś heretycy, ale ludzie szanowani i cieszący się błogosławieństwem

Watykanu. Gazeta „Avvenire”, w której pracują,

jest oficjalnym pismem Papieskiego Komitetu Biblijnego.

Konkluzje i reinterpretacje zawarte w książce są

efektem niedawnych odkryć naukowych. Zostały one

zaakceptowane (a raczej „przełknięte”) przez Kościół.

„Wiara zawsze ma dwie gałęzie, jedną dla

wykształconej elity i drugą dla maluczkich, których

przez wieki trzyma się w nieświadomości, żeby nie

byli rozczarowani i oburzeni” – stwierdził prezes

stowarzyszenia teologów, Enrique Miret.

Żydzi nie przeszli na drugi brzeg Morza Czerwonego

po suchym dnie. Przedostali się tam po płyciźnie

podczas odpływu. Wojska egipskie zatrzymała

fala przypływu. Nawet dekalog nie ostał się

rewizjonistom. Okazuje się, że przykazań było 12,

a nie 10, i nie Mojżesz otrzymał je od Boga. Wedle

najnowszych badań, dekalog był komponowany

stopniowo – aż do ukończenia w VII wieku p.n.e.

Żydowski dekalog ma wciąż 12 przykazań.

Manna z nieba nie była zrzutem żywnościowym

z niebios, bowiem substancja żywiczna, którą wzięto

za boskie dożywianie, ciągle występuje na krzewach

w rejonie góry Synaj. Mury Jerycha nie zawaliły

się pod wpływem dźwięku żydowskich trąb. Miasto

wówczas w ogóle nie istniało. Wieloryb nie połknął

Jonasza...

Trzej królowie, gwiazda betlejemska, wół i osiołek,

żłóbek w stajence – to wszystko mity. Nawet

Jezus wcale nie urodził się w pierwszym roku naszej

ery. Data narodzin domniemanego Syna Bożego

to 5 lub 6 rok p.n.e. Zawinił skryba – mnich

Dionisio el Exiguo – który błędnie zinterpretował

kalendarz. Chrystus, wedle posiadanych dowodów,

został ukrzyżowany 7 kwietnia 30 roku, miał więc

wówczas 36–37 lat.

Prof. Colin Humphreys z Cambridge University

w wydanej ostatnio książce „The Miracles of

Exodus” (Cuda Wyjścia) utrzymuje, że nadprzyrodzone

zjawiska opisane w Księdze Wyjścia mają naturalne

podłoże i mogą być naukowo wyjaśnione.

Humphreys precyzyjnie tłumaczy genezę wielu tzw.

cudów, na przykład tajemnicę gorejącego krzaka,

dziesięciu plag egipskich, przejścia przez Morze

Czerwone. W tym ostatnim przypadku dowodzi, że

rozstąpienie się wody było następstwem silnych wiatrów

w zatoce Akaba. „Na długim i wąskim jeziorze

Erie w Ameryce silne wiatry powodują, że z jednej

jego strony poziom wody jest o 5 metrów wyższy

niż z drugiej. Przekalkulowałem to i wyszło mi, że

przy huraganowym wietrze w zatoce Akaba woda może

zostać odepchnięta od brzegu na odległość kilkuset

metrów i stworzyć falę ponadmetrowej wysokości”

– twierdzi prof. Humphreys.

Liberalni teologowie od dawna podważają jedno

z centralnych wierzeń katolicyzmu – zmartwychwstanie

ukrzyżowanego Chrystusa. Już podczas

II wojny Rudolf Bultmann oświadczył, że zmartwychwstanie

nie jest faktem historycznym. W roku

1984 ks. David Jenkins, później konsekrowany

na biskupa Durham (czwarte w hierarchii stanowisko

kościelne w Anglii), określił zmartwychwstanie

jako „kuglarski trik wyznawców Jezusa”. Dezawuują

je również – we wspólnie wydanej książce – teolodzy:

John Dominic Crossan (De Paul University

w Chicago) i Gerd Ludemann (Vanderbild Divinity

School w Nashville).

Prawda naukowa to piękna rzecz. Ale czasem

lepiej trzymać owieczki z dala od niej, bo wymowa

faktów mogłaby niebezpiecznie nadwątlić wiarę tychże

owieczek.

Tomasz Niepiszewski

 

 

„FAKTY I MITY” nr 12, 25.03.2004 r. NIEŚWIĘTE PISMO

OMYLNY JEZUS?

Apostołowie nie przewidywali

wielowiekowego trwania Kościoła,

oczekiwali natomiast rychłego końca świata.

Podobnego zdania był Jezus z Nazaretu.

Dlaczego Jezus nie spisał swojej

nauki ani nie zlecił tego zadania

apostołom? Dlaczego ewangelie

powstały dopiero kilkadziesiąt

lat po opisywanych przez nie wydarzeniach?

Odpowiedź jest prosta:

„Kto z dnia na dzień spodziewa

się końca świata, ten nie pisze

książek”.

Już niemiecki orientalista,

S. Reimarus (zm. 1768 r.) stwierdził,

że Jezus nie osiągnął celu, do

którego dążył i dał temu wyraz

w słynnym okrzyku

na krzyżu: „Boże

mój, Boże mój, czemuś

mnie opuścił!”

(Mk 15. 34). Z kolei

biblista M. Goguel

zwrócił uwagę, że „Jezus

nie miał zamiaru zakładania

Kościoła i nie założył go. Tym, czego pragnął

i proklamował, był nie

Kościół, lecz Królestwo Boże

na ziemi. Pierwsi chrześcijanie,

skoro w ich mniemaniu

lada dzień miało nadejść

Królestwo, nie myśleli o założeniu

instytucji kościelnej

ani o spisaniu dokumentów”.

W ewangeliach Jezus

wielokrotnie dawał wyraz

własnej wierze w szybki

koniec świata, uważając

pokolenie, w którym żył,

za ostatnie. I nie zmienia

tego fakt, że nie podał dokładnej

daty jego nadejścia.

Przepowiadał wszak uczniom, że

niektórzy z nich „nie doznają śmierci,

nim ujrzą Królestwo Boże przychodzące

w mocy”, i że „nie zdążą

obejść miast Izraela, nim przyjdzie

Syn Człowieczy”. Gdy pytano go

o znaki końca, powtarzał jak mantrę:

„Zaprawdę powiadam wam: Nie

przeminie to pokolenie, aż się to

wszystko stanie”.

Przez blisko dwa stulecia wpatrywano

się w niebo, gdzie na

chmurce miał pojawić się bogoczłowiek

Jezus. Organizowano zbiórki

i czekano, czasami wykonując ten

przysłowiowy pierwszy krok. I tak

np. w Syrii pewien

biskup wyruszył z wiernymi na

pustynię naprzeciw Pana, co o mało

nie zakończyło się ich śmiercią.

Skrajnie wyczerpanych uratowała

„pogańska” policja (!). W Jerozolimie

– co relacjonują Dzieje Apostolskie

– za radą Jezusa masowo

rozdawano majątki, lecz zamiast

obiecanej nagrody przyszło upokorzenie.

Dumna gmina jerozolimska

pozbawiona środków do życia

musiała prosić o regularną jałmużnę,

którą naprędce zorganizował

apostoł Paweł w Galacji i Europie.

Apokaliptyczna gorączka opadła

sama. Miejsce niespełnionej Jezusowej

idei Królestwa Bożego zastąpiły

hybrydy: instytucja Kościoła,

papiestwo i sakramentalizm,

a żarliwą pewność bliskiego końca

świata – kościelna rutyna. Wbrew

Jezusowi i wbrew całej wczesnochrześcijańskiej

tradycji.

Chrześcijaństwo, które – po zapowiadanych

przez Jezusa, a nieziszczonych

proroctwach – winno

było się rozpaść, przetrwało dzięki

sprytowi kościelnej hierarchii.

Strzałem w dziesiątkę okazał się

pomysł zastąpienia spotkania z literalnym

Jezusem podczas jego powtórnego

przyjścia – spotkaniem

z nim w opłatku

i winie mszalnym.

Bez ograniczeń i o dowolnej

porze. Natomiast

zapowiadane

przez Jezusa eschata

(zmartwychwstanie,

sąd i nagroda lub kara)

w bałamutny sposób

udostępnione zostały

w dramacie duszy

i doktrynie „podwójnego

sądu”, znanej

bardzo dobrze pradawnemu

prorokowi perskiemu

Zaratusztrze, jej

prawdziwemu autorowi. Całość

przypisano (omylnemu)

Jezusowi i ostemplowano papieską

pieczęcią nieomylności.

Artur Cecuła

 

 

„FAKTY I MITY” nr 30, 29.07.2004 r. NIEŚWIĘTE PISMO

HERAKLES Z NAZARETU

Gdyby można dziś było wskrzesić kogoś wtajemniczonego

w greckie misteria, to powiedziałby, że życie Jezusa od narodzin

aż po wniebowstąpienie do złudzenia

przypomina mu dzieje Heraklesa.

Już dawno dostrzeżono uderzające

podobieństwa między ewangelicznym

wizerunkiem Jezusa i stworzoną

w duchu cyników i stoików

mityczną biografią herosa greckiego

– Heraklesa, syna Zeusa. Jednak

dopiero filolog F. Pfister wykazał

bezpośrednią zależność opowieści

o Jezusie od mitów heraklejskich,

z racji czego Jezus otrzymał

nawet miano brata Heraklesa.

Uczeni są na ogół zdania, że niegdyś

– zapewne w epoce mykeńskiej

– żył pewien Grek, którego czyny

posłużyły do stworzenia legendy

o Heraklesie (Herkulesie). Filozoficzny

wizerunek tej postaci

powstał ok. V w p.n.e. po

czym był uzupełniany przez

cyników i stoików. Dla

wielu ludzi Herakles stał

się najwznioślejszym wzorem

mędrca i dobroczyńcy

ludzkości, a nade

wszystko był zbawicielem

świata (salvator

mundi) i prawdziwym synem

bożym. Gdy rodziło się chrześcijaństwo,

opowieści o Heraklesie

znane były od Syrii aż po Ren.

Podobieństwa w życiorysach

Jezusa i Heraklesa widoczne są

już w historiach narodzin obydwu.

Tak jak ziemski ojciec Jezusa, Józef,

mieszkał z dziewicą Maryją

w Nazarecie, tak też ziemski ojciec

Heraklesa, Amfitrion, mieszkał

razem z dziewicą Alkmeną

w Mykenach. Tak jak Maryja poczęła

Jezusa z Ducha Świętego

i Józef nie obcował z nią do rozwiązania,

tak też Alkmena poczęła

Heraklesa z Zeusem, a Amfitrion

nie zbliżał się do niej przed

boskim poczęciem. Amfitrion

z brzemienną Alkmeną wędrował

z Myken do Teb, jak Józef z Maryją

z Nazaretu do

Betlejem. W ten sposób

Herakles przyszedł

na świat nie w Mykenach,

gdzie mieszkał

jego ojciec, lecz

w Tebach,

mimo to był – od miejsca zamieszkania

jego ojca – Argiwczykiem,

podobnie Jezus nie urodził się tam,

gdzie mieszkał Józef, lecz w Betlejem,

a jednak – od miejscowości,

w której mieszkał jego ojciec

– nazwano go Nazarejczykiem.

Podobnie jak ewangeliczny Jezus,

Herakles był prześladowany już

w kołysce. Gdy Hera dowiedziała

się, że dziecię Zeusa zostanie królem,

chciała je zgładzić, tak jak Herod

Jezusa. Przerażona matka uciekła

z małym Heraklesem z niebezpiecznego

miejsca, a potem znów

doń wróciła – jak rodzice Jezusa,

którzy szukali schronienia w Egipcie,

a gdy Herod umarł – wrócili.

Na początku swoich misji Herakles

i Jezus są kuszeni i opierają się

pokusie. Mało tego, Heraklesowi

z wysokiej góry pokazane zostaje

królestwo pod władzą tyrana, podobnie

Jezusowi zostaje ukazany

świat we władaniu szatana. Obaj

posłusznie wypełniają misje powierzone

im przez boskich ojców, porzucają

rodziców, a ich ścieżki życiowe

naznaczone były cierpieniem.

Herakles chodził po wodzie, czynił

dobrze, a gdy umarł – zapadła ciemność

i nastąpiło trzęsienie ziemi

– podobnie jak to opisują ewangeliści.

Według Seneki, Herakles

pragnął zanieść światło

zmarłym i wybawić ich z niewoli.

Świadkami śmierci Heraklesa

byli jego matka i ulubiony

uczeń Hyllos,

podobnie jak

w przypadku

Jezusa, pod

krzyżem którego

stała matka

oraz ulubiony

uczeń. Umierając,

Jezus johannejski

wypowiedział

heroiczne albo – ściślej – heraklejskie

słowa: „Wykonało się” (J 19.

30) – heraklejskie, bo to samo w chwili

śmierci powiedział Herakles!

Opowiadano, że Herakles również

pokonał śmierć i wstąpił do

nieba. To za kim my tam mamy

pójść?

Artur Ceduła

 

 

"FAKTY I MITY" nr 33, 24.08.2006 r. NIEŚWIĘTE PISMO

APOLONIUSZ KONTRA CHRYSTUS

Za czasów Jezusa przeróżni mędrcy, głosiciele zbawienia, mistagodzy, taumaturdzy, ludzie natchnieni, mający w sobie „Boga” błąkali się po całym rzymskim imperium. Wygłaszali kazania i „czynili cuda”.

Do najsłynniejszych natchnionych owego czasu należał Apoloniusz z Tiany

Ów mędrzec i cudotwórca – „święty mąż” – żył w I w., ale szczególną popularność zyskał w wieku III, a zwłaszcza IV. Jego żywot – opisany przez retora greckiego Filostratesa – zawiera tyle zdumiewających paraleli do czterech Ewangelii (oraz dziejów apostoła Pawła), że – jak stwierdził pewien badacz – „długo sądzono, że był on świadomym uzupełnieniem obrazu Jezusa znanego z Nowego Testamentu”. Przy sporządzaniu „Żywotu Apoloniusza

z Tiany”, ujętego w formie hellenistycznego romansu podróżniczego, jego autor posłużył się wspomnieniami Asyryjczyka Damidiusza, bezpośredniego ucznia Apoloniusza, a nawet listami samego Apoloniusza. Dzieło to cieszyło się wielkim powodzeniem wśród rzymskiej elity intelektualnej.

Apoloniusz z Tiany (Kapadocja w Azji Mniejszej) był filozofem neopitagorejskim. Podróżował podobno do Indii, Babilonii i Egiptu, a ostatecznie osiedlił się w Efezie i tam założył szkołę. Swym ascetycznym życiem i poglądami nawiązywał do mitycznej postaci Orfeusza, a przede wszystkim do nauk Pitagorasa z Samos. Był miłośnikiem kultury hellenistycznej i gorliwym czcicielem bogów. Według „Żywota Apoloniusza z Tiany”, już jego przyjściu na świat miały towarzyszyć niebiańskie istoty. Jako chłopiec często przebywał w świątyni, by zaskakiwać rozmówców swoją mądrością. Podróżując ze swoimi towarzyszami po świecie, głosił kazania, a jego czyny zapewniły mu sławę człowieka obdarzonego „boskim duchem” i „bożą siłą” – on sam podawał się przy tym za wysłannika najwyższego Boga bądź męża bożego. Niejeden chory, kaleki i grzesznik zawdzięczał mu podobno poprawę swego losu. Jemu to przypisuje się uwolnienie wielu opętanych

z sił nieczystych i pozyskanie wśród nich uczniów („Żywot A. z Tiany” 4. 20). Poza tym – zupełnie jak Jezus – uciszył burzę na morzu, a nawet... wskrzesił w Rzymie dziewczynkę, którą zamierzano już pogrzebać. Apoloniusz dysponował dziesięcioma cudotwórczymi umiejętnościami, których Jezus nie zademonstrował – na przykład umiejętnością zapanowania nad trzęsieniem ziemi. W swoich kazaniach głosił miłość bliźniego, namawiał do zerwania ze złem, mówił o potrzebie oczyszczenia (katharsis) i sile modlitwy. Przeciwstawiał się składaniu krwawych ofiar i krzywdzeniu zwierząt. Był wegetarianinem.

Swoim uczniom przepowiadał, że zostanie, uwięziony i skazany. I rzeczywiście, został pojmany, a następnie stracony podczas prześladowania filozofów w 93 r. (według innej wersji, zmarł za cesarza Nerwy ok. 98 r.). Potem mówiono o jego „porwaniu” do nieba – zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu („Żywot

A. Z Tiany” 7. 10; 8. 30).

Antychrześcijanska elita bardzo mocno przeciwstawiała Apoloniusza z Tiany Chrystusowi. Hierokles, namiestnik Bitynii za cesarza Dioklecjana (284–305), w tekście „Słowo płynące z miłości do prawdy przeciwko chrześcijanom”dokonał nawet paralelnego zestawienia czynów obydwu, by na tej podstawie wykazać wyższość Apoloniusza. Cesarz Karakalla (211–217) zbudował nawet Apoloniuszowi heroon – małą świątynię ku czci herosa. Jeśli wierzyć biografowi cesarza Aleksandra Sewera (222–235), w swoim lararium (domowa kaplica) czcił on posążki różnych bóstw i herosów, wśród nich podobizny Aleksandra Wielkiego, Abrahama, Orfeusza, Chrystusa i Apoloniusza z Tiany.

Artur Ceduła

 

 

„FAKTY I MITY” nr 33, 25.08.2005 r.

UKARANIE NEOFITY

O biblijnym Bogu ludzkość dowiedziała się w gruncie rzeczy nie tak dawno. Czymże jest bowiem te trzy czy też cztery tysiące lat istnienia narodu żydowskiego, który go wykreował, wobec znalezisk kości ludzkich sprzed kilku czy kilkudziesięciu tysięcy lat? Fakt istnienia innych, starszych religii, z których Biblia zapożyczyła legendę o raju, wężu oraz Adamie i Ewie (tam inaczej się nazywali), jest bezdyskusyjny.

Sięgając zatem do rozumu, w który człowiek został wyposażony (gdyby dał mu go biblijny Stwórca, to jako osoba kryształowo sprawiedliwa obdzieliłby nim każdego po równo), należy wyciągnąć wniosek, że sprawa obecności biblijnego Boga jest jedynie kwestią wiary, tak jak w przypadku innych bogów, których postaci występują we wszystkich religiach świata.

Jeżeli więc nie ma naukowego sposobu na potwierdzenie ich istnienia, nie pozostaje nam nic innego, jak zaufać swojemu rozumowi. Ponieważ jednak nie każdy ma go na tyle, by sprostać zadaniu odrzucenia mitów i legend, pozwalamy sterować nim ludziom, którzy z ideologii istnienia Boga zrobili dochodowy dla siebie interes. Doszło nawet do tak daleko posuniętego absurdu, że na bazie tej powstało państwo Watykan, którego szefem jest w założeniu Pan Bóg, a wykonawcą Jego woli (?) zwykły śmiertelnik posiadający władzę absolutną, zwany papieżem. Większość naszych polityków, widząc sprawczą moc Krk, robi wszystko, a nawet jeszcze więcej, by przypodobać się polskiemu Episkopatowi, a także zwykłym, szeregowym księżom, chcąc widzieć w nich swoje przyjazne duchy opiekuńcze, gotowe wyciągnąć pomocną dłoń za konkretne daniny (np. 8 ton bursztynu), co nie zawsze skutkuje, o czym przekonał się Leszek Miller i niektórzy jemu podobni. Urzędnicy Krk mają bowiem to do siebie, że chętnie biorą, i to z reguły za Bóg zapłać, o czym nasz były premier zapomniał. Najprawdopodobniej uwierzył, że kogo, jak kogo, ale jego na pewno nie wyrolują. Jest to więc klasyczny i namacalny przykład na to, że wiarę, o której tyle mówią księża, należy potłuc o kant d...

A miało być (po 1989) tak neutralnie światopoglądowo, tak autonomicznie... Ktoś, a nawet więcej tych ktosiów, wybrańców narodu, zapomniał na śmierć o najważniejszym – świeckie państwo należy chronić przed władzą każdej religii!

Chyba najbardziej ubolewam jednak nad tym, że treści podobne do zawartych powyżej czytają w zasadzie jedynie ci, którzy mają już ukształtowany pogląd na te sprawy. Pozostali, a jest ich bardzo dużo, słuchają głosów z ambon, o czym miałem możność przekonać się osobiście, proponując pewnej znajomej (45 l.) pożyczenie trylogii Jonasza, której pierwsza część nosi tytuł „Byłem księdzem”. Wiecie, co zrobiła? Zapytała swojego proboszcza, czy może to przeczytać! Odpowiedział, że może, ale nie warto, bo to same bzdury. Więc nie przeczytała...

Witold Pater

 

 

„FAKTY I MITY” nr 47, 25.11.2004 r. NIEŚWIĘTE PISMO

CUD ZMARTWYCHWSTANIA

W świetle historii religii i racjonalnej krytyki biblijne

świadectwo zmartwychwstania Chrystusa jest mało wiarygodne.

Dowodem cudu zmartwychwstania

Jezusa był najpierw „pusty grób”,

a następnie „zmartwychwstały Pan”,

który ukazywał się przez 40 dni. Jednak

historyczność tychże wydarzeń

jest mocno wątpliwa, gdyż jest poświadczona

sprzecznymi relacjami.

Przede wszystkim rzuca się w oczy

tendencja do poprawiania przez młodszych

ewangelistów opowieści o zmartwychwstaniu

zapisanej przez Marka.

Podczas gdy u Marka kobiety idą

w niedzielny poranek, żeby namaścić

ciało Jezusa, Mateusz przemilcza

ów powód, twierdząc, że chciały

tylko „obejrzeć grób” (Mk 16. 1; Mt

28. 1). Zabieg namaszczenia w trzecim

dniu, kiedy w warunkach klimatycznych

Wschodu trzeba się już liczyć

z początkiem rozkładu ciała, musiał

się Mateuszowi wydać absurdalny.

Z kolei ewangelista Jan zanotował,

że jeszcze zanim złożono Jezusa

do grobu, Józef z Arymatei i Nikodem

zużyli do jego namaszczenia

„około stu funtów” mieszaniny mirry

i aloesu (Jan 19. 39n). Według Marka,

wspomniane kobiety nakupiły

wonności w niedzielę, u Łukasza zaś

– w „dzień przygotowania”, tj. w piątek

(Mk 16. 1; Łk 23. 56). U Marka

zjawiają się przy grobie trzy z nich,

a u Mateusza – tylko dwie. Nadto gdy

Marek oświadcza, że po wizji anioła

uciekły one z pustego grobu i „nic nikomu

nie mówiły, bo się bały”, Mateusz

– jednoznacznie wbrew temu

świadectwu – stwierdza, że prędko

„pobiegły oznajmić to jego uczniom”

(Mk 16. 8; Mt 28. 8). Sprzeczności

dotyczą również pojawiających się

aniołów – ich liczby i miejsca, z którego

przemawiały.

Nie ma zgody w kwestii, komu

i gdzie ukazał się zmartwychwstały

Chrystus. W Ewangeliach Marka i Jana

czytamy, że ukazał się on najpierw

Marii Magdalenie, natomiast ewangelista

Mateusz zanotował, że objawił

się jednocześnie Marii Magdalenie

i Marii Jakubowej. Czwarty ewangelista

twierdzi zaś, że najpierw zobaczyli

go dwaj uczniowie z Emaus

(Mk 16. 9; Mt 28. 9; Łk 24. 13–35).

Niezgodne są też opisy powtórnego

ukazania się Chrystusa. Apostoł Paweł

twierdził, że zobaczyło go wtedy

dwunastu uczniów, Mateusz i Łukasz

– że jedenastu, ponieważ Judasz

już nie żył. Marek i Mateusz

uważają, że miejscem objawienia się

Chrystusa jego uczniom był góra Tabor

w Galilei. „Tam go ujrzycie, jak

wam powiedział” – czytamy u Marka,

a Mateusz dodaje: „(...) i gdy go

ujrzeli, oddali mu pokłon, lecz niektórzy

powątpiewali”. Tymczasem

– według Łukasza – miejscem tym była

Jerozolima, gdzie wieczorem pierwszego

dnia po zmartwychwstaniu spożył

on wieczerzę z dwoma uczniami

z Emaus, a krótko potem ukazał się

jedenastu pozostałym, w obecności

których zjadł rybę i plaster miodu

(Mk 14. 28; 16. 7; Mt 28. 16n; Łk 24.

13–53). Istotne jest też to, że Łukasz

kategoryzuje swoje świadectwo. Według

niego, zmartwychwstały Chrystus

nakazuje uczniom „nie oddalać

się z Jerozolimy, lecz oczekiwać obietnicy

Ojca”, tj. zesłania Ducha Św.

A zatem świadectwo Łukasza jednoznacznie

wyklucza możliwość udania

się uczniów do Galilei.

By usunąć sprzeczność między

nim a Markiem i Mateuszem, wymyślono

pseudonaukową teorię o istnieniu

nieznanej dziś Galilei pod Jerozolimą…

Kto miał trochę odwagi,

ten przyznał, że któryś z ewangelistów

musiał się pomylić.

W ostatniej Ewangelii czytamy

o chrystofaniach mających miejsce zarówno

w Jerozolimie, jak i w Galilei.

Ale pierwotna wersja Ewangelii mówiła

o ukazywaniu się Jezusa tylko

w Jerozolimie i kończyła na 20 rozdziale,

na co wskazuje pierwszy epilog

(J 20. 30n). Opowiadanie o ukazywaniu

się zmartwychwstałego Jezusa

w Galilei znajduje się natomiast

w apokryficznym 21 rozdziale, dodanym

gwoli harmonizacji. Osobną przeszkodę

w uznaniu autentyczności któregokolwiek

z opisów zmartwychwstania

Jezusa stanowi porównanie zapisów

ewangelistów z tym, co wiedział

na ten temat apostoł Paweł. Żadne

z objawień w czterech Ewangeliach

nie jest przedstawione w takiej kolejności,

w jakiej wymienia je Paweł

(1 Kor 15. 3–8).

Artur Cecuła

 

 

„FAKTY I MITY” nr 8, 03.03.2005 r.

CUDOWNY ŚWIAT

W starożytności cuda zdarzały się nagminnie. Wszystkie cuda przypisywane Jezusowi mają swoje paralele w czasach przedchrześcijańskich i jemu współczesnych.

Starożytny świat wierzył w cuda, a ich realnością mało kto się przejmował. Ludzie wykształceni oraz rozmaici szamani zdawali sobie sprawę ze znaczenia cudów dla utrzymania tłumów w karności. To miał na myśli grecki geograf Strabon (zm. ok. 26 roku), który zalecał: „Kobiety i gmin trzeba czynić bogobojnymi przy pomocy zmyśleń i opowieści o cudach”. Niezbędna do ich powstawania była ślepa wiara. Czy tej zależności nie byli świadomi również autorzy Ewangelii, którzy twierdzili, że Jezus nie potrafił zdziałać cudów tam, gdzie natrafiał na niewiarę?

Paralelą do obrazu Jezusa uzdrowiciela są przede wszystkim cuda boga Asklepiosa. Teolog C. Schneider stwierdza: „Podobnie jak Asklepios, Jezus uzdrawia wyciągniętą bądź nałożoną ręką albo palcem przytkniętym do chorej części ciała (…). I Asklepios, i Jezus uzdrawiają paralityków, niemowy, chorych przebywających daleko, kalekich. Po uzdrowieniu odchodzą oni, niosąc swoje łóżka. Asklepios wskrzesił co najmniej 6 osób, przy czym szczegóły są takie same jak w przypadku zmarłych, którym przywrócił życie Jezus: i widzą to liczni świadkowie, niedowiarkowie sugerują pozorną śmierć, przywróceni do życia ludzie otrzymują jedzenie”.

Tacyt, stawiany za wzór rzetelności historycznej, informuje, jak to cesarz Wespazjan w obecności wielu świadków uzdrowił paralityka i przywrócił wzrok ślepcowi. Uczynił to nie inaczej niż Jezus – za pomocą błota i śliny (Mk 7. 31–37; 8. 22–26). Powszechnie znane – i Żydom, i poganom – były historie o cudownym rozmnożeniu żywności. W Starym Testamencie stu ludzi najadło się 20 chlebami i pozostawiło jeszcze resztki (2 Krl 4. 42 nn). W jednej z relacji staroindyjskich czytamy: „Sariputra pomyślał: Czym nakarmimy tylu bodhisattwów? Wimalakirti odczytał jego myśli, po czym podziałał swą cudowną mocą. I Wimalakirti zwrócił się do Sariputry i innych Srawaków, mówiąc: Bracia, częstujcie się słodkim delikatnym jadłem Pańskim. I jeden z będących tam Srawaków pomyślał: Jak ten skromny poczęstunek miałby być rozdzielony między tylu obecnych tutaj?

A przecież całe zgromadzenie pożywiło się tym i wszyscy byli syci: to jadło pozostało, tak jakby nikt go nie tknął”.

Niczym nadzwyczajnym były dawniej takie wyczyny, jak chodzenie po wodzie i uciszanie burzy. Asklepios i Serapis (Ozyrys) też ukazywali się swoim wiernym, gdy ci w czasie podróży morskiej znaleźli się w niebezpieczeństwie, i ratowali ich. Po wezbranych wodach Gangesu chodził Budda, a także – jak apostoł Piotr – jeden z jego uczniów. Podobnie jak Piotr zaczynał tonąć, gdy jego wiara słabła, tak tonął ów uczeń, kiedy zbudził się z medytacji... Burzę na morzu uciszył m.in. słynny neopitagorejski filozof Apoloniusz z Tiany. Apoloniusz dokonał zresztą wielu innych cudów, podobnych do ewangelicznych – z pewnego młodzieńca wypędził złe duchy i uczynił go swoim uczniem, zaś w Rzymie wskrzesił dziewczynkę, którą właśnie zamierzano pochować.

Według NT, wskrzeszanie umarłych stanowiło codzienne zajęcie apostołów (Mt 10. 8), a w XIII w. na potrzeby procesu kanonizacyjnego św. Elżbiety wśród ponad stu dokonanych przez nią cudów doliczono się 9 wskrzeszeń. Niezręczne dla wiary jest następujące pytanie: dlaczego dziś nie odnotowujemy w Kościołach chrześcijańskich podobnych przypadków?

Artur Cecuła

 

 

 

 

„FAKTY I MITY” nr 38, 23.09.2004 r. NIEŚWIĘTE PISMO

NIEPOKALANIE POCZĘCI

Co łączy Amenhotepa III, Zaratusztrę,

Perseusza, Buddę i Platona z Jezusem z Nazaretu?

Wszyscy oni, zgodnie z wiarą

swoich czcicieli, zostali spłodzeni

w wyniku niepokalanego poczęcia

i narodzili się z dziewic.

Gdy ludzie starożytni chcieli kogoś

wywyższyć, przypisywali mu cechy,

których nie posiadali inni śmiertelnicy.

Tak jak w przypadku Jezusa,

układanie życiorysu zaczynano od

opowieści o niepokalanym, a więc

bezgrzesznym poczęciu.

W Ewangelii Łukasza czytamy,

jak to anioł Gabriel zapowiedział Maryi

niepokalane poczęcie Jezusa – Syna

Najwyższego: „Duch Święty zstąpi

na ciebie i moc Najwyższego zacieni

cię” (Łk 1. 35). Podobne opowieści

krążyły o innych bohaterkach Biblii

– Sarze, Lei, Rebece, Racheli i Elżbiecie,

których łona zostały otwarte

i zapłodnione w cudowny sposób.

O 90-letniej Sarze, małżonce 100-letniego

Abrahama, napisano: „I nawiedził

Pan Sarę, jak obiecał: uczynił Pan

Sarze, jak zapowiedział i poczęła Sara”

(Rdz 17. 17; 18. 11; 21. 1).

Zapłodnienie kobiety, najczęściej

dziewicy, przez boga i narodziny syna

bożego to wierzenia znane we

wszystkich zakątkach świata. Wierzono,

że „bogowie” łączą się z kobietami,

by za ich pośrednictwem odrodzić

się w ciele króla, proroka lub

innej osobistości. Czasami czynili to

za ich zgodą, innym razem brutalnie

gwałcili lub zapładniali podstępnie.

Czasem w tym celu wysyłany bywał

„duch święty” – bądź pod postacią

gołębicy, bądź promienia świetlnego.

O zdumiewających podobieństwach

pomiędzy Jezusem a Heraklesem

pisaliśmy w „FiM” 30/2004.

Na jednym z sumeryjskich zabytków

król Akadu Sargon I (ok. 2340

p.n.e.), który tytułował się „synem bożym”,

rozgłaszał taką wieść: „Poczęła

mnie matka dziewicza kapłanka,

mój ojciec jest nieznany”. Egipskie malowidła

sprzed 3,5 tys. lat przedstawiają

na ścianach świątyni w Luksorze

historię przyjścia na świat faraona

Amenhotepa III w kilku aktach:

Najpierw boski posłaniec Thot – duch

święty – zwiastuje dziewicy niepokalane

poczęcie. Następnie bóg Nef

przenika do jej ciała, przykładając do

ust symbol życia – krzyż (anch). Po

narodzinach boskiemu dziecięciu hołd

składają inni bogowie i ludzie – w tym

trzej książęta przynoszący dary. Święte

księgi irańskie podają, że narodziny

proroka Zaratusztry zostały przepowiedziane

trzy tys. lat przedtem.

Dobry bóg Ormuzd wysłał anioła, który

w łodydze rośliny przyniósł dziewicy

ducha świętego: „I oto ciało połączyło

się z duchem”. Tymczasem

w Indiach opowiadano o Buddzie

(ok. 560–480 p.n.e.), że przed swoim

urodzeniem istniał w niebiosach.

Aby wyzwolić wszystkie żyjące istoty

z okowów cierpienia, zdecydował się

wcielić w ludzką postać za pośrednictwem

kobiety. Wybór padł na dziewicę

Maję. Jako pięciobarwny promień

światła przeniknął do jej ciała

i w ten sposób nastąpiło niepokalane

poczęcie ziemskiego Buddy. Również

i w tym przypadku podczas jego

narodzin ukazała się gwiazda,

a królowie przybyli z darami...

Synem dziewicy był też grecki heros

Perseusz. Jego dzieje są zresztą

w wielu miejscach tak podobne do

dziejów Chrystusa, że już Justyn

Męczennik (II w.) wyjaśniał je

w ten sposób, iż szatan wiedząc

o przyjściu Chrystusa, specjalnie spowodował

taki bieg zdarzeń, by życie

chrześcijańskiego zbawiciela straciło

na oryginalności. Gdy z kolei

uczniowie Platona deifikowali swojego

mistrza, stworzyli legendę, jakoby

ojciec Platona, Aryston, powstrzymał

się od obcowania ze swą

dziewiczą małżonką Periktione, póki

ta nie wydała na świat syna spłodzonego

z Apollinem.

W sumie nawet Biblia, gdy się

jej lepiej przyjrzeć, nie przydaje się

do umocnienia wiary w niepokalane

poczęcie Jezusa.

Co prawda zwiastował je anioł,

a u Łukasza reakcją ciężarnej Maryi

jest nawet entuzjastyczny hymn („Magnificat”),

to jednak – o dziwo! – nieco

później nie pojmuje ona tego, co

dzieje się z jej dzieckiem i co o nim

słyszy od ludzi (Łk 2. 33, 49n). Zatem

z tych miejsc NT, których nie zatarła

całkowicie chrześcijańska mitologia,

wynika jednoznacznie, że sama

Maryja nic nie wiedziała o nadprzyrodzonym

przyjściu na świat i wywyższeniu

swojego pierworodnego.

Artur Cecuła

 

 

„FAKTY I MITY” nr 49, 09.12.2004 r. NIEŚWIĘTE PISMO

STWORZENIE ŚWIATA

Biblijny opis stworzenia

świata (gdy przyjmie się jego literalną interpretację)

kłóci się z ustaleniami współczesnej nauki.

Biblijna opowieść o stworzeniu

świata ma swoje źródło w przednaukowej

mitologii plemion hebrajskich.

Mimo to pewne fundamentalistyczne

odłamy chrześcijańskie przyznały

jej status doktryny naukowej – „naukowego

kreacjonizmu” – przyjmując

za punkt wyjścia dosłowne brzmienie

Księgi Rodzaju (rozdz. 1. i 2.)

oraz zniekształconą przez siebie koncepcję

ewolucji i neodarwinowskiego

modelu świata.

O nienaukowym charakterze „naukowego”

kreacjonizmu świadczą

liczne niezgodności między biblijnym

opisem przebiegu

aktu stworzenia i odkryciami

naukowymi z zakresu dziejów

kosmosu i zjawiska życia na

ziemi. Oto kilka przykładów.

Po pierwsze, według Księgi Rodzaju

„niebo i ziemia”– czyli górna i dolna część naszego

świata, stworzone zostały „na początku”

(1. 1), a Słońce, Księżyc i gwiazdy,

czyli kosmos – znacznie później,

bo dopiero „czwartego dnia”. Pogląd

ten jest zaprzeczeniem wszystkiego,

do czego doszła współczesna nauka.

Kosmologia naukowa ustaliła, że

wszechświat starszy jest od Ziemi

o jakieś 10 mld lat, Słońce o około

500 mln, zaś najstarsze skały znalezione

przez astronautów na księżycowej

wyżynie pochodzą sprzed 4,4 mld

lat, czyli okazują się równie stare,

a może nawet starsze niż ziemskie.

Biblijne pierwszeństwo Ziemi wobec

reszty ciał niebieskich wynikało z ówczesnego

poglądu, według którego

Ziemia była centrum wszechświata.

Po drugie, według Księgi Rodzaju

dzieło stworzenia – „niebo i ziemia

oraz cały ich zastęp” – zakończone

zostało „szóstego dnia” (2. 1n),

tymczasem badania empiryczne dowodzą, że

gwiazdy, planety i inne formy we

wszechświecie wciąż powstają i zapewne

będą powstawać. Teleskop kosmiczny

Hubble’a sprawił, że po raz

pierwszy w historii astronomowie stali

się świadkami narodzin gwiazd.

Proces ten zaobserwowano m.in.

w mgławicy Orzeł (M 16) położonej

w gwiazdozbiorze Węża, w której

tzw. gwiezdne jaja, czyli parujące

bąble gazowe, wyłaniają się

z monstrualnych – długich na wiele

lat świetlnych – kolumn zimnego

gazu i pyłu, które tworzą mgławicę.

Po trzecie, według Księgi Rodzaju,

roślinność pojawiła się na ziemi

trzeciego dnia stworzenia

(1. 11–13), a więc wcześniej niż słońce,

którego światło i ciepło są warunkiem

fotosyntezy.

Po czwarte, rozum ma oczywiste

kłopoty z pojęciem „dni”, w których

występowały „wieczory” i „poranki”,

choć nie zostało jeszcze stworzone

źródło tych zjawisk, czyli słońce.

Po piąte, nawet jeśli utożsami się

– jak próbują to czynić chrześcijańscy

moderniści – dni stworzenia

z erami geologicznymi, tj. najdłuższymi

okresami rozpoznawalnymi

w historii Ziemi, to i tak niczego

to nie rozwiązuje.

Problem w tym, że paleontolodzy ustalili,

że er tych było pięć, a nie sześć.

Nieporozumieniem jest więc

podchodzenie do starotestamentowychwypowiedzi

na temat powstania świata

jak do wiedzy zawartej w podręcznikach astronomii

czy geografii. Biblijny autor nie miał

naukowych aspiracji, a rezultaty jego

rozważań były bardzo nikłe, bo

ograniczone możliwościami, którymi

dysponował.

Artur Cecuła

 

 

"FAKTY I MITY" nr 51/52, 03.01.2008 r. LISTY OD CZYTELNIKÓW

ŚWIĄTECZNY PLAGIAT

Jeśli mieliście do tej pory wątpliwości, czy wypada Wam – antyklerykałom lub niedowiarkom – brać czynny udział w świętowaniu Bożego Narodzenia, to uwierzcie mi, że warto świętować. Święta te są bowiem tak stare, jak stara jest rozumna ludzkość, o czym zresztą „FiM” wielokrotnie pisały. Odkąd człowiek zaczął obserwować wędrówki Słońca po nieboskłonie, zaczął nadawać poszczególnym grupom gwiazd nazwy zwierząt i ludzi. Tak powstały konstelacje i dwanaście znaków zodiaku. W centrum znalazło się Słońce jako bóg adorowany przez wszystkich.

Oto 22 grudnia Słońce, w swej wędrówce na południe, dobiega kresu swej wędrówki i „umiera”. Przez trzy najkrótsze dni w roku stoi „martwe” w bezruchu.

Trzeciego dnia „zmartwychwstaje” i zaczyna swą radosną wędrówkę na północ, wydłużając każdy kolejny dzień. Przez owe trzy dni bezruchu Słońce znajduje się na południowej półkuli w konstelacji Krzyż Południa. I dlatego mówi się że: Syn (Słońce po ang. czyta się jak Syn) umarł na krzyżu i był martwy trzy dni po to, by zmartwychwstać czy narodzić się ponownie. Oto dlaczego Jezusa i inne solarne bóstwa łączy koncepcja ukrzyżowania i zmartwychwstania. Trzej Królowie to trzy jasne gwiazdy pasa Oriona (ustawione w jednym rzędzie z najjaśniejszą gwiazdą – Syriuszem), wskazujące miejsce wschodu (narodzin) Słońca 25 grudnia.

Właśnie tego dnia, 25 grudnia, wszyscy znani bogowie obchodzą swoje urodziny: Horus z Egiptu (3000 lat p.n.e.), zrodzony z dziewicy, której zwiastował cudowne poczęcie Tot, a Nef – Duch Święty – zapłodnił (dalsza część życia i śmierci Horusa jest identyczna z życiem Jezusa, łącznie z dwunastoma uczniami, uzdrawianiem, chodzeniem po wodzie, cudami, ukrzyżowaniem i zmartwychwstaniem!); Kriszna z Indii, urodzony przez dziewicę Devaki, robiący cuda i po śmierci zmartwychwstały; grecki Dionizos (500 lat p.n.e.) zamieniający wodę w wino, także urodzony 25 grudnia i nazywany Alfą i Omegą oraz Synem Bożym; Mitra z Persji (1200 lat p.n.e.) urodzony z dziewicy 25 grudnia, mający dwunastu uczniów, czyniący cuda i ukrzyżowany, po trzech dniach zmartwychwstały...

Nie chcę obrażać kogokolwiek, ale muszę stwierdzić jednoznacznie, że historia Jezusa ma też źródła staroegipskie. Religia chrześcijańska postawiła osobę Chrystusa w miejsce Słońca i oddaje mu cześć pierwotnie oddawaną Słońcu. Sądzę, że Jezus jest postacią mityczną, tak jak wszystkie poprzednie postacie bóstw, na których był wzorowany. Nie opiera się na prawdzie historycznej, jest jedynie rzymskim lub żydowskim mitem, rozkręconym politycznie i opracowanym w celu uzyskania wymiaru historycznego. Boskie mity są potężnym orężem sprawowania kontroli nad społeczeństwem. Wmówiono nam grzech i poczucie winy, a wszystko po to, by nas kontrolować i trzymać w jarzmie poddaństwa.

Ale my, czytelnicy „FiM”, o tym wiemy i nie traktujemy mitów dosłownie. Gdyby faktycznie bogowie mieli nam coś do powiedzenia, to przy swych cudownych przymiotach zrobiliby to już dawno, w sposób bardziej przekonujący niż wojny religijne.

Świętujmy zatem dzień „narodzin” Słońca – narodzin wszystkich znaczących bogów. Bawmy się i radujmy każdą chwilą, bo życie jest piękne i jedyne w swym rodzaju. A jak ono przebiegać będzie dalej, to już zależy tylko i wyłącznie od nas samych.

Zbigniew Kosiński

 

 

BEZ DOGMATU” kwartalnik kulturalno-polityczny nr 44, wiosna 2000 r.

O BOGACH UKRZYŻOWANYCH I ZMARTWYCHWSTAŁYCH

Podstawą religii chrześcijańskiej i najważniejszym jej dogmatem jest wiara w ukrzyżowanego i zmartwychwstałego bogą, którym ma być żydowski prorok Jezus Chrystus, ukrzyżowany przez Rzymian w I w. n.e. Ilu chrześcijan wie, że na długo przed Jezusem wierzono w wielu innych ukrzyżowanych i zmartwychwstałych  bogów? 

W swojej  książce Szesnastu Ukrzyżowanych Zbawicieli Świata (The World's Sixteen Crucified Saviors) Kersey Graves dostarcza wielu dowodów na istnienie, jak wskazuje tytuł, co najmniej szesnastu takich bogów, o których teraz kompletnie zapomniano. Zdumiewające jest to, jak wiele można znaleźć podobieństw między historią ukrzyżowanego Chrystusa a tych co najmniej szesnastu przedchrześcijańskich bogów.

Quexalcote, bóg meksykański ukrzyżowany został w 587 r. przed Chrystusem jako ofiara pokutnicza za grzechy  ludzkie. Jak  mówi Graves, dowody na istnienie tego dogmatu są „dobitne, jasne i nie do zatarcia” według jednej wersji, Quexalcote został przybity do krzyża w towarzystwie dwóch złodziei, ukrzyżowanych razem z nim. W rękopisie  azteckim „Codex  Borgianus” opisane jest nie tylko ukrzyżowanie Quexalcote'a, ale również jego wstąpienie do piekieł i zmartwychwstanie  trzeciego  dnia. W innym rękopisie, „Codex Vaticanus”,  wspomniany jest  interesujący fakt, że Quexalcote poczęty został w sposób niepokalany i że jego matka, Chimalman, była dziewicą.

Hesus, bóg  druidów, został ukrzyżowany  ponad osiemset lat przed Chrystusem. Według Godfreya Higginsa, autora książki Druidzi Celtyccy (The Celtic Druids), który przez dwadzieścia lat  studiował  historię  religii, Druidzi  przedstawiali  swego ukrzyżowanego boga w towarzystwie baranka z jednej strony i słonia z drugiej. Słoń, ponieważ był największym znanym zwierzęciem, symbolizował ogrom grzechów świata. Baranek   natomiast, przysłowiowy symbol niewinności, wyrażał niewinność ofiary, jaką był bóg Hesus. I tak o to, twierdzi Graves, powstała koncepcja „Baranka Bożego, który gładzi grzechy świata”, koncepcja, która obecnie kojarzy się tylko z religią chrześcijańską O jej druidzkim pochodzeniu nie wie prawdopodobnie żaden współczesny chrześcijanin. 

Spośród wielu pozostałych  bogów dyskutowanych  w pracy Gravesa, których nie sposób tu opisać, warto wspomnieć  Mitrę, perskiego  boga, ukrzyżowanego około 600 lat  przed  erą chrześcijańską.  Niewielu chrześcijan  wie  obecnie, że Mitra, bóg  perski, był  najbardziej popularnym bogiem w okresie, gdy formowała się i umacniała religia chrześcijańska w Imperium Rzymskim w IV w. naszej ery, i że był on głównym konkurentem boga żydowskiego, Jezusa Chrystusa. Mitra miał  być urodzony 25 grudnia i  podobnie jak Chrystus został ukrzyżowany, aby odkupić grzechy świata. Jest rzeczą znamienną, jak podkreśla Graves, że pisarze chrześcijańscy pisząc o Mitrze  nie wspominają tym, że Mitra został ukrzyżowany. Czyżby obawiali się, że informacja o Mitrze i innych ukrzyżowanych bogach przedchrześcijańskich osłabi wiarę w „jedynego prawdziwego” boga chrześcijańskiego?

Ci chrześcijanie nie chcą przyjąć do wiadomości, że najważniejszy element ich wiary, dogmat o bogu ukrzyżowanym, to częsty motyw wielu innych religii.  Ale  dla  obiektywnego  historyka  religii  dogmat  o  bogu ukrzyżowanym i zmartwychwstałym jest banałem teologicznym, wskazującym na powtarzający się paradygmat w wierzeniach różnych prymitywnych ludów o tym, że żeby było dobrze, trzeba najpierw złożyć ofiarę, czyli często zamęczyć i zamordować kogoś niewinnego. W religii chrześcijańskiej nie ma w ogóle niczego, czego nie można by znaleźć w religiach przedchrześcijańskich.

Kersey Graves, The World's Sixteen Crucified, New York: The Truth Seeker Company, Publishers of Freethough Books, 38 Park Row, wydanie szóste, poprawione i rozszerzone (wyd. pierwsze w 1960 r.).

Kazimierz Dziamka

 

 

JEZUS, O KTÓRYM NAUCZA KOŚCIÓŁ NIGDY NIE ISTNIAŁ

Dowody w nowej sensacyjnej książce Roberta Haaslera (14,90 zł wraz z kosztem przesyłki)

ZAMÓWIENIA

Wydawnictwo Lux            tel. 0 501 312 736

40-001 Katowice                     0 32 280 04 63

skr. 1585

 

www.klubdavinci.eu  

klubdavinci@interia.pl

 

 

"FAKTY I MITY" nr 41, 19.10.2006 r.

GDYBY CHRYSTUS NIGDY NIE ISTNIAŁ...

Z Luigim Casciolim, autorem książki „Bajka o Chrystusie”, rozmawiała Agnieszka Zakrzewicz.

– W swojej książce „Bajka o Chrystusie” twierdzi pan, że Jezus Chrystus nie istniał. Wytoczył pan nawet proces przeciwko włoskiemu proboszczowi, który napisał w gazecie, że Chrystus był człowiekiem. Proces został umorzony we Włoszech, ale odwołał się pan do strasburskiego Trybunału Praw Człowieka. W jakim punkcie są obecnie pana sprawy sądowe?

– Sprawa sądowa przeciwko proboszczowi Enricowi Righiemu została we Włoszech umorzona w styczniu. Miesiąc później wraz z adwokatem Di Stefano odwołaliśmy się do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i nasze odwołanie zostało przyjęte. Jak poinformował mnie mecenas Di Stefano, który ma olbrzymie doświadczenie w procesach międzynarodowych – trybunał strasburski powinien poinformować nas o dacie pierwszej rozprawy na przełomie września i października. Spodziewamy się, że zostanie ona wyznaczona na styczeń 2007 roku.

Pokładam duże zaufanie w Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu. Wierzę, że dzięki jego orzeczeniu zostanie na nowo otwarty proces we Włoszech i ja będę mógł udowodnić przed sądem, że Chrystus nie istniał i nie istnieje.

– Jak to się stało, że tak znany adwokat jak Giovanni Di Stefano i Studio Legale Internazionale di Roma zainteresowały się pana sprawą?

– Myślę, że adwokat Di Stefano zainteresował się moją sprawą, ponieważ on sam napisał książkę o procesie Piłata oraz o tym, że z punktu widzenia prawa rzymskiego był to proces nieprawdopodobny.

– Jest pan ateistą i antyklerykałem do szpiku kości. Skąd te przekonania?

– Ja urodziłem się ateistą i stałem się antyklerykałem. Moja rodzina była katolicka, ale bez przesady. Choć jako dziecko chodziłem do kościoła, nie mogłem nigdy uwierzyć w to, że jakikolwiek bóg istnieje. Oczywiście, nie mogłem uwierzyć w to, co mówił ksiądz katecheta – dla mnie to były zawsze bajki dla dzieci. Ja nigdy nie lubiłem bajek – nie przeczytałem żadnej, oprócz „Pinokia”.

Przez wiele lat żyłem we Francji, gdzie byłem (i jestem nadal) członkiem Unii Ateistów. Osoba, która nie wierzy – bardzo często szuka motywacji dla swojego ateizmu i robi to bardziej skrupulatnie niż wierzący praktykujący, czytając Biblię od deski do deski. We francuskim piśmie ateistycznym natknąłem się po raz pierwszy na problem istnienia Chrystusa, co bardzo mnie zainteresowało. Od tego momentu zacząłem studiować bardzo uważnie historię powszechną oraz historię chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego, co doprowadziło mnie do napisania mojej książki „Bajka o Chrystusie”.

– Jakie znalazł pan dowody na to, że Chrystus nigdy nie istniał?

– Moim zdaniem, postać Jezusa została zbudowana na postaci Jana z Gamali, syna Judy Galilejczyka i przywódcy bandy rewolucjonistów Bohanegers. Wojna żydowska, którą opisywał Flawiusz, zbiega się z okresem, w którym zaczęły powstawać księgi Nowego Testamentu. Józef Flawiusz – jeden z najbardziej wiarygodnych ówczesnych historyków – nigdy nie wspomniał o Jezusie, choć powinien, gdyby taka postać istniała. Wspomniał tylko o Janie Chrzcicielu i Jakubie Sprawiedliwym. Przede wszystkim imiona wszystkich uczniów Chrystusa są tymi samymi imionami rewolucjonistów – na przykład Szymon Zelota to w rzeczywistości Szymon Bar Giona – jeden z dowódców rebelii przeciwko Rzymianom. Trudno myśleć, że istniały dwie podobne osoby.

– Być może Chrystus jest postacią mitologiczną, jednak mogła ona być wzorowana na jednym z czterech braci Jakuba Sprawiedliwego, o których wspomina Nowy Testament...

– Nie rozumiem, dlaczego w takim wypadku Watykan milczy. Jeżeli posiada niepodważalne dowody na to, że Chrystus istniał – niech przedstawi je ludzkości. Blisko dwa miliardy chrześcijan zasługuje na prawdę. Odpowiedź musi być jasna i jednoznaczna – Chrystus istniał czy nie istniał? Jeżeli Watykan ociąga się, by udowodnić jego istnienie – to znaczy, że nie ma żadnych dowodów i wie dobrze, że syn Maryi i Józefa został wymyślony, tak jak wymyśla się bohaterów bajek. W tym wypadku Kościół okłamuje ludzkość, robiąc to świadomie i z premedytacją.

– Co będzie znaczyło dla ludzkości udowodnienie podczas procesu, że Chrystus nie istniał?

– To byłby koniec Kościoła katolickiego. Udowodnienie tego w sądzie będzie oznaczać z punktu widzenia prawnego anulowanie dogmatów, na jakich opiera się chrześcijaństwo. Nie będzie już można twierdzić, że Chrystus przybył na ziemię pod postacią człowieka, by odkupić grzech pierworodny ludzkości. To również koniec Eucharystii. Żaden ksiądz, udzielając komunii, nie mógłby mówić już „Oto ciało Chrystusa”. Celebracja sakramentu Eucharystii stałaby się oszustwem ściganym prawnie. Kościół nie mógłby twierdzić, że dogmat przemiany wina oraz chleba w krew i ciało Chrystusa jest prawdą. To tylko niektóre dogmaty, jakie musiałyby zniknąć, ponieważ są fałszywe.

– Dlaczego jest pan tak uparty i chce iść dalej?

– Kościół katolicki od wieków nadużywa ignorancji ludzkiej, zmuszając ludzkość do wiary w rzeczy nieprawdziwe na podstawie Starego Testamentu i czterech wybranych Ewangelii. Książka Dana Browna „Kod Leonarda da Vinci” sprawia Watykanowi wiele kłopotów, gdyż ludzie są ciekawi i chcą poznać prawdę. Procesu ujawniania prawdy nie da się zatrzymać. Watykan musi pokazać światu prawdziwe, niepodważalne dowody na istnienie Chrystusa, a nie tylko opowiadać bajki biblijne.

Strona internetowa Luigiego Casciolego: www.luigicascioli.it

 

„Chrystus nigdy nie istniał, został wymyślony przez Kościół katolicki i jest produktem fantazji, tak jak inni bohaterowie bajkowi” – tak twierdzi Luigi Cascioli, autor książki „Bajka o Chrystusie”, która wywołała we Włoszech wiele zamieszania. Ksiądz Enrico Righi – proboszcz diecezji Bagnoregio, opublikował w jednym z włoskich dzienników artykuł, że Chrystus narodził się jako syn Maryi i Józefa i był prawdziwym człowiekiem z krwi i kości. W odpowiedzi na publikację księdza Luigiego Casciolego 11 września 2002 roku złożył donos do prokuratury przeciwko Kościołowi, który w osobie proboszcza Righiego wykorzystuje naiwność osób trzecich i nakłania je do wiary w rzeczy fałszywe. 27 stycznia 2006 roku sąd w Viterbo umorzył sprawę, niezależnie od tego, że w czasie procesu ksiądz Righi nie przedstawił przed trybunałem żadnych konkretnych dowodów na to, że Chrystus istniał. Dodatkowo sąd obciążył Casciolego kosztami procesowymi w wysokości 1500 euro. W marcu tego roku sprawą Casciolego zainteresował się mecenas Giovanni Di Stefano z najważniejszej międzynarodowej kancelarii adwokackiej (Studio Legale Internazionale di Roma), która zajmuje się takimi sprawami jak proces Saddama Husajna, Tareka Azziza czy w przeszłości dochodzenie w sprawie śmierci lady Diany i Roberta Calviego. 18 marca 2006 r. Di Stefano wystąpił w imieniu swojego mocodawcy do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

 

 

"FAKTY I MITY" nr 51/52, 03.01.2008 r. MITY KOŚCIOŁA

LEGENDA BETLEJEMSKA

Ewangelicki teolog liberalny Rudolf Bultmann mówił o „nieznośnej pospolitości” ewangelicznej biografii Jezusa z Nazaretu. Jednak nieskrępowana dogmatami teologia krytyczna zanegowała wiarygodność zapisu Ewangelii.

W najstarszych pismach Nowego Testamentu – Ewangelii Marka i Listach ap. Pawła – dzieje historycznego Jezusa nie sięgają wcześniej niż do jego chrztu w Jordanie. Nie ma w nich mowy o okolicznościach narodzin Jezusa, zaś ap. Paweł – uważany przez wielu za głównego twórcę chrystianizmu – niemal zupełnie zignorował postać Jezusa historycznego („Jezusa według ciała”) na rzecz Chrystusa wiary. Zdaniem wielu badaczy, ap. Paweł w ogóle nie słyszał opowieści o cudownych okolicznościach narodzenia Jezusa. Na jakiej podstawie formułuje się ten wniosek? Otóż w Liście do Galacjan napisał Paweł w odniesieniu do Jezusa, iż „zesłał Bóg Syna swego, który się narodził z niewiasty” (Ga 4. 4). Ktoś mógłby zapytać: i cóż w tym dziwnego? Przecież Jezusa urodziła de facto kobieta, niewiasta o imieniu Miriam. To prawda. Jednak to, że ap. Paweł mianował matkę Jezusa „niewiastą” (po grecku gyne), a nie „dziewicą” (parthenos), daje wiele do myślenia. Dla Pawła dziewictwo jako takie nie było przecież kwestią drugorzędną. Wręcz przeciwnie – wychwalał je przy każdej okazji pod niebiosa (1 List do Koryntian 7.). Gdyby ten faryzejski piewca dziewictwa wiedział o cudownych narodzinach Jezusa z dziewicy Miriam, na pewno wspomniałby o tym i ukułby z tego argument na rzecz głoszonych przez siebie poglądów.

Refleksja nad okolicznościami narodzin Jezusa pojawiła się dopiero w Ewangeliach Mateusza i Łukasza. A więc w pismach, które powstały późno, bo około 80 lat od tego wydarzenia. Każdy musi przyznać, że po takim czasie nietrudno o ludzkie naleciałości i nadinterpretacje. Oceny prawdziwości i wiarygodności treści tych pism podjęli się czołowi przedstawiciele morfokrytyki biblijnej (historia form literackich – formgeschichte), wywodzący się z protestanckich środowisk naukowych. Byli to przede wszystkim: M. Dibelius, K.L. Schmidt, M. Albertz, G. Bertram i R. Bultmann. Opierając się w swej pracy na osiągnięciach z dziedziny socjologii i historii religii, skupili się na procesie formowania się ewangelii synoptycznych, analizując w nich poszczególne gatunki literackie. Badania dowiodły, że ewangelie synoptyczne nie są utworami jednolitymi, lecz kompozycjami złożonymi z pomniejszych jednostek, które uformowały się w wyniku specyficznego oddziaływania całego kompleksu czynników kulturowo-społecznych, czyli tzw. Sitz im Leben. Badania zakwestionowały autentyczność i wiarygodność m.in. tak zwanej ewangelii dzieciństwa – Mateusza i Łukasza (Mt 1. 18–2. 23; Łk 1. 26–52). W swoim dziele Formgeschichte des Evangelismus („Historia form ewangelicznych”), mającym fundamentalne znaczenie dla nowoczesnej krytyki ewangelii, M. Dibelius rozróżnił trzy gatunki poszczególnych opowieści: przypowieść, nowelę i legendę. Historię narodzin i dzieciństwa Jezusa zaliczył do tych biograficznych legend nowotestamentowych, których wartość historyczna jest najmniejsza. Legendy, które Dibelius podzielił w NT na biograficzne i etiologiczne, były jedynie „pobożnymi opowieściami”, a ich siedliskiem życiowym (Sitz im Laben) – chęć zaspokojenia czysto naturalnej potrzeby ciekawości. Zaspokojenie takiej ciekawości stwarzało wiele pokus do fantazjowania, czego odbiciem jest opowieść o przyjściu na świat Jezusa w Betlejem, o jego narodzinach z dziewicy, opowieść o mędrcach ze Wschodu i inne. Jak ocenił Dibelius, pierwszych chrześcijan „historia w ogóle nie interesowała”. Nie chcieli oni „spisywać dziejów, lecz głosić ewangelię”. Interesowało ich powtórne przyjście mitycznego Chrystusa. O tym, że chrześcijanie ubarwiali opowieści o jego narodzinach, świadczy choćby sposób, w jaki ewangelista Mateusz zniekształcił cytowany przez siebie tekst proroctwa Micheasza, wieszczący nadejście Mesjasza z Betlejem (Mi 5. 1; Mt 2. 6). Został on przez ewangelistę „przejrzany, przerobiony i wzbogacony”.

Z kolei według R. Bultmanna i jego klasyfikacji gatunków oraz form literackich, dziewicze poczęcie i niezwykłe narodziny Jezusa zaliczyć należy do mitów nowotestamentowych, podobnie jak temat preegzystencji Syna Bożego oraz tytuły chrystologiczne – Syn Boży, Syn Człowieczy, Mesjasz, Kyrios itp. W swoich badaniach doszedł do konkluzji, że ewangeliści spisali historię o Jezusie nie z troski o wierność historyczną, biograficzną, protokolarną, lecz z pobudek misjonarskich – w grę wchodziło umoralnianie, ale także propaganda, apologetyka, polemika i tendencyjność. Na uformowanie się tej opowieści zasadniczy wpływ wywarły tak zwane przeżycia wielkanocne gminy, związane z przeświadczeniem o zmartwychwstaniu Jezusa. Egzotyczność opowieści apostołów o rzekomym oglądaniu Zmartwychwstałego sprzyjała procesowi potęgującej się coraz bardziej idealizacji i deifikacji osoby i dzieła Jezusa z Nazaretu.

Według Bultmanna, to, co można by uznać za historyczną prawdę o Jezusie, streszcza się mniej więcej w ten sposób: Jezus z Galilei sam nie uważał się ani za Mesjasza, ani za Syna Bożego, lecz był we własnym przekonaniu co najwyżej prorokiem głoszącym bliski koniec świata. Przez pewien czas prowadził działalność, o której jednak nic dokładniejszego i pewnego nie da się powiedzieć. Jego wystąpienie zakończyło się haniebną śmiercią na krzyżu.

Bultmann mówił o „nieznośnej pospolitości” biografii Jezusa. I rzeczywiście, bo obraz ten – jak to wykazała liberalna teologia krytyczna – prawdopodobnie wykreowano, czerpiąc garściami z pradawnych mitów. Gdyby można było dziś wskrzesić kogoś wtajemniczonego w greckie misteria, to powiedziałby on, że życie Jezusa od narodzin aż do wniebowstąpienia pod wieloma względami przypomina dzieje Herkulesa... Zadziwiające podobieństwa w życiorysach obydwu starożytnych bohaterów widoczne są w okolicznościach ich narodzin. Ziemski ojciec Jezusa, Józef, mieszkał w Nazarecie z dziewicą Miriam, a ziemski ojciec Herkulesa, Amfitrion, w Mykenach – z dziewicą Alkmeną. Miriam poczęła z Ducha Świętego i Józef nie obcował z nią aż do rozwiązania, natomiast ziemianka Alkmena poczęła Herkulesa z bogiem – Zeusem. Amfitrion wywędrował potem z brzemienną Alkmeną z Myken do Teb, a Józef pielgrzymował z Miriam z Nazaretu do Betlejem. Herkules przyszedł więc na świat nie w Mykenach, gdzie mieszkał jego ojciec, ale w Tebach, a mimo to był – od miejsca zamieszkania jego ojca – Argiwczykiem. Podobnie było z Jezusem – mimo że urodził się w Betlejem, nazywano Go nazarejczykiem.

Gdy w starożytności chciano kogoś wywyższyć, przypisywano mu cechy, których nie posiadali inni śmiertelnicy. Częstokroć układanie życiorysu zaczynano od opowieści o niepokalanym, a więc bezgrzesznym poczęciu. Historia poczęcia Jezusa nie jest więc czymś oryginalnym, ale raczej typowym dla starożytnego świata. Powszechna była wiara, że bogowie łączą się z ziemiankami, by za ich pośrednictwem odrodzić się w ciele jakiejś osobistości. Czasami czynili to za ich zgodą, a innym razem gwałcili lub zapładniali podstępnie. Nie tylko Jezus, ale również faraon Amenhotep III, prorok Zaratusztra, herosi Perseusz i Herakles, Budda i filozof Platon – wszyscy oni, według swoich czcicieli, zostali spłodzeni w wyniku niepokalanego poczęcia i narodzili się z dziewic.

Oczywiście, nie ulega wątpliwości, że głównie w ST szukano wskazówek dla zrekonstruowania zagubionej historii narodzin i dzieciństwa Jezusa. Dla liberalnej krytyki biblijnej jest rzeczą jasną, że opowieść o przyjściu na świat Jezusa w Betlejem stanowiła akomodację do żydowskich oczekiwań mesjanistycznych – proroctwa zawartego w Księdze Micheasza (5. 1) oraz w 2 Księdze Samuela (7. 14). Zauważono przy tym, że dla chrześcijan identyfikujących Jezusa z mesjaszem zawsze kłopotliwe było to, iż znany był on powszechnie jako Galilejczyk z Nazaretu. Wielu badaczy jest przekonanych, że Jezus urodził się właśnie w Nazarecie lub – według innej hipotezy – w Betlejem, ale tym galilejskim, oddalonym od Nazaretu o 10 km. Mogą to potwierdzać badania prowadzone przez izraelskiego archeologa Avirama Oshriego.

Krytyka biblijna wykazała, że spośród Ewangelii NT chronologicznie najwcześniejszą jest Ewangelia Marka. Jest ona uważana również za najbardziej miarodajną pod względem historycznym. Ciekawe, że Ewangelia Marka – tak ceniona dziś przez środowiska naukowe – od początku była najmniej przydatna dla chrześcijan, gdyż dawała szereg argumentów w krytycznej polemice z chrześcijaństwem (vide: Celsus). Markowy Jezus nie jest jeszcze taki bez skazy jak w późniejszym dogmacie – tu bywa szorstki, niekiedy nie panuje nad swoimi nerwami i nie jest nieskazitelnie dobry (Mk 1, 41, 43; 10. 18; 11. 12–14). Do krytycznej weryfikacji opowieści o jego cudownych narodzinach skłania słynny passus Markowy 3. 20n. Z tej wersji wynika, że najbliżsi członkowie jego rodziny, bracia i matka (choi par autou – „ci od niego”) nie wierzyli, że jest on zapowiadanym przez Pismo mesjaszem. Uważali, że postradał zmysły, a nawet zamierzali pochwycić go w Kafarnaum.

Co prawda kompromitujących słów Marka nie zdołano już wykreślić z Ewangelii, za to młodsi ewangeliści opuścili ten niewygodny dla Kościoła tekst. Manewr ten był podyktowany nie tylko chęcią uniknięcia sprzeczności z własnymi relacjami o cudownych narodzinach Jezusa, ale również miał na celu ratowanie nadszarpniętego wizerunku matki Zbawiciela.

Artur Cecuła

 

 

"FAKTY I MITY" nr 23, 14.06.2007 r.

NIEPRAWDA OBJAWIONA

Biblia w powszechnym mniemaniu uchodzi za jedną z najstarszych ksiąg, a na dodatek pisaną pod dyktando samego Jahwe, choć badania naukowe wykazały, że jest tylko kompilacją dużo starszych mitów wschodnich religii, często nie mających nic wspólnego z judaizmem.

Podobnie ma się sprawa z dekalogiem, który według fanatycznych wyznawców zarówno judaizmu, jak i religii chrześcijańskich ma być uniwersalnym zbiorem boskich praw, obowiązującym zarówno wierzących, jak i niewierzących. I biada wszystkim, którzy nie zgadzają się z tym twierdzeniem. W rzeczywistości dekalog to pomylenie skutków z przyczynami. Elementarne prawa współżycia międzyludzkiego kształtowały się przez miliony lat. Od zarania dziejów umożliwiały ludzkim hordom przetrwanie i przekazywane są w każdej kulturze z pokolenia na pokolenie. Tak więc to nie napisany przez Jahwe dekalog uporządkował międzyludzkie stosunki, tylko autorzy Biblii zapisali w wielkim skrócie prawa znane od tysięcy lat. Sam Jahwe, występujący także jako El Szaddai, początkowo był bożkiem wojny Madianitów – plemienia spokrewnionego z Izraelitami. Jego wyznawcą stał się Mojżesz, gdy po ucieczce z Egiptu przebywał w kraju Madianitów, a nawet wżenił się w rodzinę kapłana o imieniu Jetro. Po powrocie do Egiptu Mojżesz zaszczepił kult Jahwe wśród współplemieńców. Sprzeczność biblijnych tekstów z naukowymi osiągnięciami i wykopaliskami zmusza „nawracaczy” z kręgu religii judeochrześcijańskich do interpretacji co bardziej niewiarygodnych twierdzeń. I tu zaczynają się przysłowiowe schody, bo niektóre teksty traktuje się dosłownie, inne natomiast podlegają wyraźnemu naginaniu – w zależności od poziomu intelektualnego nawracanych. A przy tym ciągle twierdzi się, że są to „prawdy objawione”.

Kłopotów nastręcza samo największe boskie dzieło – człowiek. Ale właściwie który człowiek? Nie wspomnę o naszych homoidalnych praprzodkach, bo już na myśl o takim choćby pitekantropie wyprostowanym religijni fanatycy toczą pianę z ust. Chodzi mi o człowieka neandertalskiego i człowieka kromaniońskiego, których istnienie jest w pełni udowodnione licznymi artefaktami odkrytymi na obu półkulach. Wiadomo również, że hordy obu podgrup żyły w tym samym czasie i na tym samym obszarze. A więc Adam i Ewa to para neandertalska czy kromaniońska? Jeśli jednak dobry Jahwe stworzył od razu parę z grupy homo sapiens, to spod czyjej ręki wyszedł neandertalczyk i kromaniończyk?

Podobnych wątpliwości dostarcza także legenda o potopie, poprzez który sprawiedliwy Jahwe ukarał ludzi nieposłusznych, choć podobno obdarzonych wolną wolą. Biblia roztacza przerażający obraz – ani skrawka suchego lądu, a na wzburzonych falach chybocze arka starego Noego. Jakiś czas temu nawracacz tłumaczył mi, że dla pasażerów miejsca było dość, bo stworzenia wodne miały gdzie pływać, ptaki fruwały, a zwierzęta lądowe siedziały grzecznie w arce, czekając, aż woda opadnie. Pluskwy pewnie zawdzięczamy leniwej żonie Noego, której nie chciało się oczyścić ulubionego mężowskiego fotela. Ale żarty na bok.

W Biblii razi przede wszystkim obłuda, z jaką autorzy zapewniają o wolnej woli człowieka, dając jednak przykłady ciągłego łamania ludzkich charakterów przez despotycznego plemiennego bożka. Przypomina to reklamę Forda T, który mógł być w każdym kolorze, byle był to kolor czarny.

Z wiekiem coraz bardziej cenię dawnych myślicieli. Na przykład żyjący w XVII wieku francuski filozof Kartezjusz głosił, że na dogmatach może opierać się religia, natomiast nauka wymaga dowodów. Ta prosta prawda do dziś nie może dotrzeć do wielu – zbyt wielu – głów (często nawet z tytułami naukowymi).

Proponuję więc, aby odłożyć Biblię tam, gdzie jej miejsce – między mity innych ludów – a zacząć czytać poważne naukowe opracowania, głównie autorów nieskażonych nadmierną religijnością.

Mimo wielkich osiągnięć, nauka do dziś nie dała jednoznacznej odpowiedzi na pytanie dręczące ludzi od wieków – jak powstało życie na ziemi? Musimy pogodzić się z przykrą prawdą, że odpowiedzi możemy nie dostać nigdy. Jednak brak odpowiedzi na tak istotne pytanie nie jest dowodem na istnienie jakiegokolwiek boga, tak jak jama pod Wawelem nie jest dowodem na istnienie smoka. Ale my przecież lubimy cudowności.

Jerzy Rzep

 

 

PRAWO KATZA: LUDZIE I NARODY BĘDĄ DZIAŁAĆ RACJONALNIE WTEDY I TYLKO WTEDY, GDY WYCZERPIĄ JUŻ WSZYSTKIE INNE MOŻLIWOŚCI...

 

www.wolnyswiat.pl   WBREW ZŁU!!! 

PISMO NIEZALEŻNE – WOLNE OD WPŁYWÓW JAKICHKOLWIEK ORGANIZACJI RELIGIJNYCH, PARTII, UGRUPOWAŃ I STOWARZYSZEŃ ORAZ WYPŁOCIN REKLAMOWYCH. WSKAZUJE PROBLEMY GOSPODARCZE, POLITYCZNE, PRAWNE, SPOŁECZNE I PROPOZYCJE SPOSOBÓW ICH ROZWIĄZANIA

 

OSOBY ZAINTERESOWANE WSPARCIEM MOJEGO PISMA, MOICH DZIAŁAŃ PROSZĘ O WPŁATY NA KONTO:

Piotr Kołodyński skr. 904, 00-950 W-wa 1

BANK PEKAO SA II O. WARSZAWA

Nr rachunku: 74 1240 1024 1111 0010 0521 0478

Przy wpłatach do 800 PLN należy podać: imię i nazwisko, adres, nr PESEL oraz tytuł wpłaty (darowizna na pismo „Wolny Świat”). Wpłat powyżej 800 PLN można dokonać tylko z konta bankowego lub kartą płatniczą. ILE ZOSTAŁO WPŁACONE BĘDĘ PRZEDSTAWIAŁ CO 3 MIESIĄCE NA PODSTAWIE WYDRUKU BANKOWEGO (na życzenie, przy wpłacie od 100 zł, będę podawał jej wielkość oraz wskazane dane wpłacających).

Stan wpłat do dnia 10.08.2008 r.: 0 zł.